poniedziałek, 31 lipca 2017

Dlaczego przestałam oglądać anime.

W każdej dziedzinie życia jest chyba tak samo; wszystko "kiedyś" było lepsze. Nieoczywistym jest wszakże, że takie generalizowanie jest śmieszne. Chyba nikomu nie było lepiej gdy jedzenie było przyrządzane wyłącznie na ogniu, a ludzie gołymi rękoma obdzierali upolowane przez siebie zwierzęta ze skóry. Niewiele osób tęskni również za czasami zaborów wojennych. Osobiście preferuję myślenie przyszłościowe i niezatapianie się w starych czasach, a raczej optymistyczne spoglądanie w przyszłość. Było dobrze, ale to nie znaczy, że teraz może być tylko gorzej. Tylko czy to samo mogę powiedzieć o moich drogich japońskich kreskówkach?

Zima 2017

Swój pierwszy szok przeżyłam już zimą. Z trzydziestu sześciu nowo wydawanych serii, zainteresowana byłam bowiem zaledwie sześcioma, z czego połowę stanowiły kontynuacje. Zostałam więc z zaledwie trzema nowymi tytułami. Kobayashi-san no Maidragon wyłączyłam po kilku minutach. Tytuł co prawda obrósł w liczne memy, jednak po recenzjach przeczytanych po zakończeniu emisji utwierdziłam się tylko w przekonaniu co do słuszności swojej decyzji. Podobny los spotkał Urara Meirochou. Masamune-kun no Revenge brzmiało żałośnie już z tytułu, z Gintamą i tak jestem już bardzo do tyłu.

Zaintrygowało mnie natomiast Kuzu no Honkai. Oto dostaliśmy niemożliwe - uczniów szkoły średniej podchodzących do relacji fizycznych z równieśnikami w sposób, w jaki zachowaliby się (prawie) normalni ludzie. O ile zwyczajowe zachowania w takich typu seriach można tłumaczyć różnicami kulturowymi pomiędzy zachodem, a Japonią, ciężko uwierzyć, że tamtejsi nastolatkowie płoną w rumieńcach na samą myśl o złapaniu ukochanej osoby za rękę, co tu mówić o pikantniejszych sprawach, jak pocałunkach w policzek lub zwracaniu się do nich po imieniu (!). Mugi i Hanabi, choć zakochani w innych osobach, przejawiali typową dla młodych ludzi w ich wieku ciekawość ciała płci przeciwnej oraz zrozumiałą dla samotnych nastolatków potrzebę fizycznej bliskości. Niestety, jak to z większością nieźle zapowiadających się romansów, wszystkim gdzieś po drodze kompletnie odbiło i obrzucono nas wyłącznie stertą idiotycznych decyzji, jak i bezsensownym zakończeniem. Spoglądanie na poczynania tych kretynów dzieciaków zaczęło przysparzać mi fizycznego bólu od mniej-więcej połowy serii, a czasem budzę się w nocy z krzykiem na samo wspomnienie finalnego odcinka. 

Otrzymaliśmy jednak prawdziwe dary z nieba, klejnoty w tej ogromnej, śmierdzącej kupie łajna. Shouwa Genroku Rakugo Shinjuu, seria w której zakochałam się rok temu, otrzymała bowiem sezon drugi. Choć do pewnego stopnia zgadzam się z krytyką "twistu" odcinka finalnego, wciąż nie umiem powiedzieć złego słowa na temat tej perełki. To po prostu miłość. Czy pamiętam cokolwiek innego z tego sezonu? Za cholerę.

Wiosna 2017

Kryzys egzystencjalny czekał na mnie jednak dopiero w momencie w którym zorientowałam się, iż jedyną oglądaną przeze mnie sezonówką jest Shingeki no Kyojin. Ale po kolei. Załamana zimą, nie przyłożyłam się zbytnio do rozeznania się w nowym sezonie i tak oto skończyłam z niczym. Zgorszona hitami podrzędnych fanpejdży z nieśmiesznymi memami, takimi jak Eromanga Sensei, Re:Creators (po którego pierwszym odcinku miałam ochotę wybrać się na chemioterapię) czy nowe DanMachi, obejrzałam sobie... Berserka 2. Kosztowało mnie to co prawda parę potyczek z mikserem,  gdy mój współoglądający próbował powstrzymać mnie od wydłubania sobie oczu, ale Griffith did nothing wrong i czekamy na sezon trzeci.

Drugi paragraf nie istniałby gdybym pod sam koniec nie zauważyła, iż wydawany był również drugi sezon przecudownej serii obyczajowej, Uchouten Kazoku. Zapewne niewielu z was przypomina to sobie, jednak w dawnych czasach, jakimi był rok 2013, rocznie wypuszczano więcej niż dwie serie zdatne do oglądania, a lato obdarowało nas taką też perełką (jak i KamiNomi 3, Gin no Saji, Genshikenem 3, Gatchaman Crowds oraz... Danganronpą [iks de]). Choć naprawdę uśmiech mi przy seansie nie schodził, a sympatią do głównego bohatera i niefrasobliwej Benten pałałam gorąco przez wiele miesięcy, nigdy nie oczekiwałam, iż cztery lata później będzie mi dane poznać dalsze ich losy. Kontynuacja jest nie tylko udana, ba, pod wieloma względami wręcz przewyższa serię pierwszą (i nie mówię tego wyłącznie z deficytu dobrych bajek!). Naprawdę z przyjemnością słuchało mi się inteligentnych rozważań Yasaburo i przyglądało rozwojowi jego życia. A nuż kiedyś dostaniemy jeszcze więcej; mam na to ogromną nadzieję.

Ciąg dalszy nastąpi.
(Ale co powinnam nadrobić w międzyczasie?)

wtorek, 11 lipca 2017

Until we meet again.

Są takie rzeczy o których myślimy, w pewien sposób się z nimi sympatyzujemy, ale podświadomie zakładamy, że nigdy nie przytrafią się nam. Choroby, tragedie, wypadki. Często nie myślimy nawet o tym jak wielkie szczęście mamy, iż nic podobnego nigdy nie stanęło na naszej drodze. Mało kto zatrzymuje się aby docenić swoją bezproblemową codzienność. Czasem może jednak nadejść dzień w którym tego pożałujemy. Każde z nas kiedyś zatęskni za tymi pozornie zwyczajnymi i codziennymi chwilami. Niestety, wszystkich nas zabraknie, lecz jedni odchodzą szybciej od innych. W październiku zeszłego roku straciłam swojego najbliższego powiernika, moją najbliższą przyjaciółkę. Była ze mną we wszystkich trudnych momentach; problemy w szkole, kłótnie z rówieśnikami lub rodzicami, dorastanie, w końcu przeprowadzka do zupełnie innego kraju, wyobcowanie, brak akceptacji ze strony otoczenia, jak i samej siebie w stosunku do samej siebie. Opowiadałam jej oczywiście również o moich sukcesach, marzeniach, przyjaźniach, pierwszej miłości. Nie umiała mówić, jednak zawsze słuchała. Przyprowadziła moją mamę, gdy zemdlałam we własnym pokoju. Przytuliła kiedy płakałam z tęsknoty za starym życiem. Sama nie miała nic, ale wiem, że oddałaby mi wszystko. Moja kotka skończyłaby dziś dwanaście lat, gdyby tylko nie pokonała jej choroba.

Straciła apetyt i chodziła osowiała. W momencie w którym przestałam zauważać, aby z miski znikało jakiekolwiek jedzenie, zaniepokojona zawiozłam ją do weterynarza. Spodziewałam się czegoś niezbyt poważnego; stres, problemy z żołądkiem, może zwykły bunt na "nieodpowiednie" jedzenie. Lekarz długo jednak milczał. W końcu usłyszałam słowa, których nie powtórzyłam nikomu prócz moim rodzicom przez wiele tygodni i na których dźwięk do dzisiaj napawa mnie smutek - rak jelita. Moja mała, puszysta kuleczka miała nowotwór. Nigdy nie zamierzałam ot, po prostu się załamać i poddać. Zabrałam ją do trzech innych lekarzy; diagnoza zawsze była taka sama. Przez kilka dni otrzymywała kroplówki i zastrzyki z witaminami. Przeszła wiele prześwietleń oraz najróżniejszych badań. Wciąż odmawiała jednak jedzenia, a po powrocie do domu zazwyczaj leniwie wciągała się na moje łóżko i spała całymi godzinami. Zostały już tylko dwie opcje - ryzykowna operacja lub powolne czekanie na nieubłagalne. Nie potrafiłabym nigdy więcej spojrzeć na siebie w lustrze gdybym pozwoliła jej odejść ze świadomością, że mogła istnieć jakaś opcja żeby jej pomóc. Weterynarz obiecał mi, iż zrobi wszystko, co w jego mocy. Przez dwie godziny siedziałam wpatrując się bez ruchu w telefon. Po raz kolejny w krótkim odstępie czasu usłyszałam coś, na czego dźwięk uszło ze mnie życie. Nowotwór strawił praktycznie cały jej organizm. Przerzuty były wszędzie, nawet na mięśniach. Moja malutka musiała niewyobrażalnie cierpieć z każdym ruchem. Dostała środki przeciwbólowe i spała w drugim pomieszczeniu. Przede mną została jednak decyzja której nie życzę nawet najgorszemu wrogowi. Musiałam zdecydować o życiu drugiej istoty.

Nie uważam, że to humanitarne ani jakoby jakikolwiek człowiek miał prawo bawić się w boga. Nigdy nie wybaczę sobie podpisania tamtej zgody. Wiem, że to było dla niej najlepsze i oszczędziłam jej kolejnych dni cierpienia, bowiem jej organizm i tak był na skraju wytrzymałości. Nie umiem jednak zapomnieć tych zmęczonych, niebieskich oczek które wpatrywały się we mnie kiedy lekarz podawał jej zastrzyk. Uspokaja mnie natomiast wspomnienie cichego westchnięcia i zrelaksowanej mordki, gdy zasypiała. A także myśl, że nic na tym świecie nigdy nie przysporzy jej już cierpienia. Nigdy.

Doceniajcie każdy pospolity moment ze swoimi bliskimi, nawet jeśli chodzą na czterech łapach. Nigdy nie wiadomo kiedy będzie to ten ostatni.



O swoich najbliższych nie zapomina się nigdy, ale czas leczy rany. W moim wypadku uleczyły je jednak... koty. Po tygodniach zaszycia się w domu i udawania na wyłącznie niezbędne wyprawy, dostałam pewien bardzo specjalny prezent świąteczny. Ów prezent miał parę płaskich uszek, krótki, szary ogonek oraz ważył nie więcej niż pół kilo. Mała, biała kuleczka była po trudnych przejściach, podobnie jak ja; odseperowana od mamy zdecydowanie za szybko, karmiona przez pseudohodowcę resztkami ludzkiego jedzenia i gotowanymi ziemniakami, zapchlona. Opieka nad przestraszonym szkrabem bardzo pomogła mi w skupieniu myśli na czymś innym. Nazwana na cześć popularności jej rasy na Ukrainie, niespełna dwumiesięczna Nataszka nie umiała nawet miauczeć, toteż skrzeczała pod drzwiami łazienki gdy tylko śmiałam zniknąć na dłużej niż dziesięć sekund. Więź z tym maluszkiem przywróciła mi radość. Nataszka jednak rosła i musiałam znaleźć rozwiązanie jej największego problemu - strachem przed byciem zostawioną na zawsze gdy tylko musiałam wyjść z domu. Trzy miesiące od pojawienia się jej w naszym domu, pojechałam do domu kobiety z którą umawiałam się przez internet. Zastałam tam wielki kojec pełen zabawek, poduszeczek i smakołyków, ale przede wszystkim z czwórką puchatych kuleczek. Tam spotkałam trzecią z moich najlepszych przyjaciółek i powierniczek - Grażynkę (zawdzięczającą swoje imię kreatywności mojej rodzicielki). W wieku trzech i pół miesiąca, bo tak duży musi być kociak aby mógł zostać zabrany od mamy, po raz pierwszy zawitała w moim domu. Początku były trudne; Nataszka okazała się, delikatnie mówiąc, niezbyt zachwycona nowym domownikiem. Z dnia na dzień przekonywała się jednak, że taka młodsza siostra to jednak całkiem fajna zabawa (no i dwie miseczki z jedzeniem, wszakże nikt nie zauważy, że Grażynka ze swojej zjadła tylko pół, zanim została delikatnie odsunięta). 

Nieważne w jak ciemnym znajdujemy się miejscu; lepszy czas na pewno nastąpi. 
A przynajmniej tak wmawiają sobie na pewno moje kotki, gdy kończy się jedzenie, ale widzą stos puszek na szafce.

Od lewej, Grażynka i Nataszka.

"Kot ma zbyt wielką duszę, by nie mieć serca"

piątek, 14 kwietnia 2017

DUCH W PANCERZU

Będąc zupełnie szczerą, nie wybrałam się na ten film z wysokimi oczekiwaniami. Co prawda byłam nastawiona nieco cieplej, niż na przykład, Assassin's Creed które obejrzałam parę miesięcy temu (i naturalnie okazało się żenujące), jednak same trailery napawały mnie pewną odrazą. Niemniej jednak, staram się opisać moje odczucia jak najbardziej to tylko możliwie obiektywnie względem tego jak było naprawdę, z jak najmniejszym wkładem typowego fana oryginalnego filmu z 95. Jako iż do powiedzenia nie mam zbyt wiele, recenzja będzie raczej niekonwencjonalna w porównaniu z resztą mojego autorstwa.  Pokrótce więc; fabuła przypomina dziwną mieszankę mangi, pierwszego filmu oraz serii Stand Alone Complex. Niestety, jak to w hollywoodzkich filmach bywa, ktoś odczuł niemożebną potrzebę absolutnego uproszczenia całego konceptu fabularnego, rozpatrującego cienką granicę człowieczeństwa w zrobotyzowanym społeczeństwie, przeistaczając to w ckliwą historyjkę o zagubionej, skrzywdzonej dziewczynce, która po prostu nie wie co się dzieje. Gdy przez pierwszą godzinę nic się nie dzieje, widz powoli sam domyśla się motywu Głównego Złego (oraz tego, że to nie on nim jest), a finał to smutek, i smutek, i smutek.

Już pierwsza scena po prostu poraża mnie w swoim traktowaniu widza jak skończonego kretyna. Nikt mi nie wmówi, że istnieje na tym świecie coś bardziej żenującego, niż wymawianie tytułu przez jedną z postaci na głos, zresztą dlaczego ktokolwiek sądził, iż widz potrzebuje jakiegokolwiek dialogu w tamtej scenie. Jedną z najgorszych cech filmu jest nadmierna paplanina. Oczywiście został on sklasyfikowany jako PG 12, coby dolary od dzieciaków i ich rodziców się zgadzały, ale nieuniknionym jest sprowadzenie każdej sceny do czegoś, co dwunastolatek umie przyswoić. Absolutnie nic nie pozostaje delikatnie niedopowiedziane; nawet Major (swoją drogą, Major jest tutaj jej IMIENIEM), stała się wyjątkowo gadatliwa. Z ikony silnych, niezależnych bohaterek, przeradza się w zagubioną dziewczynkę, wiecznie kwestionującą każdy swój krok. Kolejnym przekleństwem idącym za przypisanym ratingiem jest oczywiście ograniczenie jakiejkolwiek przemocy do absolutnego minimum. Możemy zapomnieć również o sutkach, co w niektórych scenach wygląda niesamowicie komicznie.

Nikt mi nie wmówi, że Scarlett Johansson to dobra aktorka.  Widzieliście kiedyś jak chodzi Kusanagi? Każdy krok stawia z pewnością, gracją. Johansson porusza się natomiast niczym kulawy borsuk z autyzmem. Dobre słowo mogę powiedzieć chyba wyłącznie o aktorze grającym Kuze; w swojej roli wypadł bardzo sympatycznie i relatywnie przekonująco. Primo - dlaczego Aramaki mówi po japońsku, a wszyscy odpowiadają mu po angielsku?! Skoro znają oba języki na tyle dobrze, że rozumieją całe skomplikowane zdania, to z pewnością umieją w nich także mówić, na litość boską! Secundo - kto wpadł na pomysł zatrudnienia, w znaczniej mierze, białych i czarnych aktorów, po czym nazwanie ich postaci japońskimi nazwiskami? Dlaczego ta poprawność polityczna? Nie, żadnemu rozumnemu widzowi nie przeszkadzałby absolutny brak różnorodności w pochodzeniu etnicznym bohaterów, bowiem w Japonii jest ona niewielka, a nazwiska, nazwy własne oraz sam wygląd miasta definitywnie wskazują te państwo jako miejsce akcji .

Chciałabym powiedzieć, że najlepszą stroną tego krótkiego koszmarku są wizualia, ale wspomnienia koszmarnej choreografii wszelakich walk nawiedzają mnie po nocach do dzisiaj. Johansson nie posiada w sobie żadnej zwinności, nie pokwapiono się chyba nawet o dublera, toteż dostajemy zlepek koślawych, kompletnie nieprofesjonalnych scen, pełnych zbliżeń i spowolnień w kluczowych momentach. O ile CGI, wielkie, świecące miasto, piękne hologramy, horyzonty, wszystko wygląda wspaniale, to tylko w stanie nieruchomym. Osobiście nie podoba mi się również ożywienie otoczenia; opuszczone slumsy oraz zniszczone przedmieścia oryginału dużo lepiej oddawały autodestrukcyjne widmo przyszłości unoszące się przez całość trwania filmu z 1995. Soundtrack? Nie istnieje. Oprócz nieco odświeżonej wersji Making of the Cyborg (puszczonej do napisów końcowych) muzyka jest zupełnie nijaka i niepasująca do akcji na ekranie.

Czy było aż tak źle? Pewnie nie. Nie mogę natomiast nie zauważyć jak bardzo uproszczona oraz ugrzeczniona jest ta przecież zupełnie poważna opowieść, sprowadzając wszystko do niewiele więcej niż ładnej, ckliwej bajki dla nastolatków. Gdzieś uciekł klimat, gdzieś uciekł... sens. Sens istnienia tego filmu. Nie skłania do żadnych przemyśleń, nie wywołuje żadnych emocji. No, może za wyjątkiem rozważania wydatku sporej ilości pieniędzy na bilet oraz złością z tymże się wiążącą.



Klatki z roku 1995, moi drodzy.


sobota, 14 stycznia 2017

Despair of the unknown!

Koncept nastolatków uwikłanych w battle royale lub/i uwięzionych na wyspie przewinął się już zbyt wiele razy, aby być w stanie uchodzić za jakkolwiek oryginalny. O ile widz skończył już gimnazjum, na samą myśl o takowym odczuwa raczej drgawki - ikonami "gatunku" są dziś bowiem Mirai Nikki, Deadman Wonderland, C3 czy Btooom!, a i wyjątkowo nieudana adaptacja gry, Danganronpa: The Animation. Pierwowzór tego koszmarku,  oryginalnie wydany na playstation w 2010, był jednak ogromnym hitem, wysoko ocenianym przez wielu krytyków, jak i samych graczy. Jego sequel; Danganronpa 2: Goodbye Despair, doczekała się aż dwóch serii anime, emitowanych w tym samym sezonie, przedstawiających odpowiednio wydarzenia przed, jak i po fabule gry, niezawartych w niej (innymi słowy, całość była wyłącznie efektem wyobraźni producentów, a najwyraźniej nie posiadają jej zbyt wiele). Właściwa akcja Danganronpy 2 zaczyna się bowiem na bezludnej wyspie. Szesnaścioro uczniów, wraz z protagonistą, Hinatą Hajime, budzi się nie mając pojęcia jak się tam znaleźli ani kim są pozostałe dzieciaki. Różowy króliczek (nauczycielka, Monomi) wyłania się niemal z pod ziemi i objaśnia naszym bohaterom, iż przebywają obecnie na klasowej wycieczce, mającej na celu zawiązać między nimi przyjaźnie oraz zrelaksować się w tym tropikalnym raju.  Sielanka nie trwa jednak długo, gdyż naturalne obawy i sceptycyzm uczestników okazują się mieć podstawę wraz z nagłym pojawieniem się znanego z części pierwszej Monokumy. Błyskawicznie rozprawia się z Monomi i pozbywa jej mocy. Nie oferując wielu wyjaśnień, zarządza, iż jedyną drogą powrotu do codziennego życia jest dokonanie morderstwa idealnego - jeżeli sprawca zostanie jednak przyłapany, zostanie przeprowadzona na nim egzekucja, a jeśli podczas rozprawy głosy padną na niewłaściwą osobę, straceni będą wszyscy za wyjątkiem prawdziwego mordercy. Tylko kto by w to uwierzył?

Danganronpa jest niewątpliwie świetną grą, jednak to jeden z rzadkich przypadków w których sequel prześciga wręcz swojego poprzednika. Gracz z czystą przyjemnością obserwuje ścieżkę jaką przeszli deweloperzy przez dwa lata pomiędzy wydaniem obu części w doszlifowaniu swoich pomysłów oraz oryginalnych idei na temat bohaterów. Fabuła wydaje się na pierwszy rzut oka jeszcze prostsza, a okazuje nawet bardziej zawiła. Przez czterdzieści godzin rozgrywki stopniowo dostajemy części układanki, którą za każdym razem do kupy i tak musimy pozbierać sami. Małe wskazówki w każdym z rozdziałów utrzymują zainteresowanie wątkiem głównym, snując coraz to głębszą tajemnicę na temat prawdy za wyspą Jabberwock. Biorąc pod uwagę platformę na której wydano grę, ilość tekstu jest naprawdę zdumiewająca, co rozszerza potencjalnego odbiorcę na kilka kategorii wiekowych. Mniej więcej 3/4 rozgrywki stanowi część czytana; można by się więc spodziewać, że minigry podczas rozpraw nie będą wyjątkowo istotne, ale to nieprawda. Szczególnie wraz z progresem, gry zdecydowanie nie należą do łatwych, toteż niedoświadczeni gracze mogą mieć techniczne trudności z ukończeniem ich. Czasu jest niewiele, a oprócz podania rozwiązania, musimy w ogóle zastanowić się jak ono brzmi i postarać się nie zginąć driftując pomiędzy słowami jednocześnie. Wspominanie treści fabuły niemieszczącej się wyłącznie w pierwszym rozdziale nie ma sensu, gdyż nawet najmniejsza informacja może być potencjalnym spoilerem, zresztą zwyczajnie psuje to zabawę z eksploracji, co jest przecież głównym celem.

Siłę gry stanowią bohaterowie i mam to na myśli. Po raz kolejny spotykamy się z grupą ekstrawertycznych, kolorowych nastolatków, z czasem okazujących się mieć w sobie coś więcej niż tęczowe włosy. Do pewnego stopnia, jedno słowo opisuje całą grupę: dojrzałość. Danganronpa 2 nie przedstawia zabójstw popełnionych z powodów cokolwiek kwestionowalnych, co interesujące, większość morderstw jesteśmy w stanie do pewnego stopnia zrozumieć oraz wyjaśnić. Naszym narratorem nie jest nikt ciekawy, jednak Hinata doskonale zdaje sobie z tego sprawę; jako jedyny niepamiętający swojego tytułu, czuje z tego powodu wiele kompleksów. Dostajemy pierwszoosobowy wgląd do umysłu nastolatka z wyjątkowo zaniżonym poczuciem własnej wartości. Ciekawym posunięciem było sprawienie, iż nawet gracz nie do końca umiał się zżyć z protagonistą, niewiedząc zupełnie nic o jego przeszłości ani motywach; otaczała go aura niebezpiecznej tajemnicy, którą często wzniecał jeden z bohaterów. Pomimo tego jak płytkie wydają się być niektóre z postaci, większość z nich przechodzi naprawdę sporą transformację, a przynajmniej udaje im się pokazać swoją prawdziwą twarz oraz wydorośleć w obliczu trudnej sytuacji. Do najlepiej napisanych muszę zaliczyć Hiyoko, Gundhama, Fuyuhiko oraz Nagito, każdego z indywidualnych powodów, których wyjaśnić raczej nie mogę, bowiem musiałabym posunąć się do zaspoilerowania połowy serii. Ogólnie jestem jednak  pod ogromnym wrażeniem rozwoju postaci jaki zafundowali nam twórcy - od prawdziwie złych antagonistów, których czyny autentycznie przeszywają swoją okrutnością, po zwyczajnie dorastających nastolatków, brutalnie zderzających się z obrazem ciężkiej rzeczywistości, zdających sobie sprawę, że jednak nie są specjalni ani wolni od krzywd tego świata.

Wizualnie zatrzymaliśmy się w latach 2000, ale nie ma w tym nic złego, wręcz przeciwnie, biedne animacje, niewidzialne ściany i krzywe, przechodzące się tekstury mają w sobie pewien surrealistyczny urok. Wraz z elektryzującą muzyką nadają grze klimat z innego świata, co najprawdopodobniej było przecież celem. Elektryczne gitary, niepokojące chórki, mnóstwo perkusji, soundtrack jest groteskowo wesoły, biorąc pod uwagę tragiczne wydarzenia z gry, to samo można powiedzieć również o neonowej palecie kolorystycznej i uroczych projektach postaci. Takich utworów się nie zapomina, a słuchając po długiej przerwy od gry, tak czy siak przyniosą ze sobą emocje z konkretnych rozdziałów.

Danganronpa 2 to wyjątkowo smaczne i wyśmienicie wymieszane połączenie doskonałych zagadek kryminalnych, niebanalnej linii fabularnej, wspaniałego studium zachowania młodzieży w kryzysowej sytuacji, w wyjątkowo gustownej, nieco retro oprawie audiowizualnej. Jeżeli wciąż odczuwacie żółć podchodzącą z żołądka po seansie anime, polecam zainwestować w grę w ramach terapii. Kawał porządnej, inteligentnej rozrywki na wiele godzin.

Gra jest dostępna przez Steam na Windowsa 7 lub nowszego, Mac OS X oraz Linuxa. 

niedziela, 4 września 2016

Czołem. To ja. Jeszcze żyję, aczkolwiek pic rel dość dokładnie oddaje moje uczucia. Powodem dla którego powrót do regularnego prowadzenia blogaska okazał się obłudą jest prawdopodobnie mój zanik jakiegokolwiek zainteresowania chińskimi bajkami oraz mongolskimi kolorowankami. Jakby na to nie patrzeć, z 20-30 serii oglądanych sezonowo, zaczęło interesować mnie zaledwie kilka. Coraz częściej zdarza mi się również porzucać, co zwyczajnie skutkuje brakiem materiału na posty. Często brakuje mi pisania, ale naprawdę nie mam o czym. Mój chroniczny brak czasu/zainteresowania może być skutkiem:
-przeprowadzki mojego chłopaka (dużo bliżej mnie; z innego kraju, do tego samego miasta)
-spędzenia większej ilości czasu z powyższym
-znalezieniu nowych hobby (zostałam gamer grill, może kiedyś zrecenzuję wam LoLa)
-(żartuję, tak nisko nie upadłam, gram w tytuły dla ludzi z godnością i rozumem
-wybieraniu serii na podstawie ich "memiczności" (kryteria powyższego osobnika), nienadające się do jakiejkolwiek konstruktywnej oceny (jeśli memy są zacne, to i bajki nie można krytykować [ponoć])
Long story short, w tym sezonie oglądam bodajże wyłącznie Berserka, Jojo i 91 Days. A, i Rewrite, bo KINGU. Yoshino daje mi życie, naprawdę. Jego dwudziestosekundowe sceny w każdym odcinku motywują mnie do kontynuowania męczenia się z tym syfem. <3 Yoshino. Oprócz tego cisnę sobie pewną grę z gatunku MOBA i szykuję się do nieubłaganie zbliżającego się roku szkolnego, a z pocieszających słów - community graczy jest chyba nawet gorsze niż mangozjebów, na pewno dużo bardziej toksyczne (i rosyjskie). Może kiedyś powrócę. Tymczasem...
CYKA BLYAT
 

poniedziałek, 6 czerwca 2016

R.I.P

-Jakkolwiek nie pęka mi z tego powodu serce, tuż po moim wielkim powrocie, umarł mi komputer. Umarł tak częściowo (nie na śmierć), jednakże największe obrażenia poniosła przeglądarka i pomimo fuzji mózgów siedmiu informatycznych geniuszy, nie udało nam się przywrócić jej do życia. Z tegoż powodu nie jestem w stanie zalogować się do blogaska i kontynuować pisania napoczętych przeze mnie notek. Mało tego, mieszkam w Brytanii, a więc naprawa sprzętu w najlepszym wypadku zajmie tydzień-dwa. Teksty mogę przygotować, natomiast ich edycja i publikacja trochę się przedłużą.

-Pod moją nieobecność nie oglądałam zbyt wiele bajek. Pokusiłabym się wręcz o stwierdzenie, iż w ogóle ich nie oglądałam, stąd trochę zajmie mi nadrobienie nowości oraz zorientowanie się w... tym wszystkim. Poważnie, co w tym sezonie oglądają prawdziwi otakó?

-Nie wiem co sądzić o nowym szablonie; czy nie jest taki trochę... brzydki?

-Na pewno powrócą top 10 oraz notki sezonowe. Chciałabym jednak powrócić do korzeni i skupić się na recenzjach.

-Funfact:: zaliczyłam rok.



niedziela, 29 maja 2016

Odradzam brytyjskie konwenty.

Jeśli mieszkacie w Polsce i bywacie na tamtejszych konwentach, pewnie myślicie, że to jakiś kurnik i ogólna bieda. Oferują nam podrabiane figurki, znaczna część wystawianych dóbr jest używana lub ręcznie robiona, a jedyną, wartą zainteresowania rzeczą na stoiskach są prawdopodobnie mangi. Też zawsze marzyłam sobie o pojechaniu na duży, fajny con, taki który mogłam ewentualnie podpatrzeć na filmiku. Potem przeprowadziłam się do Brytanii i zagościłam na paru takich. Na początku byłam w stanie iście euforycznym; gigantyczne stoiska, których stoły wprost uginały się pod ogromem gadżetów i wszelakiego merchandisingu, tysiące cosplayerów przemierzało rozległe korytarze, a grafik oferował spotkania z japońskimi dyrektorami czy też aktorami głosowymi. Pierwsze kilka takich konwentów zleciało mi w mig, a wracałam obładowana siatkami zdobyczy.
Po roku przerwy, po raz kolejny wybrałam się na London MCM Expo. Samiutka jak palec, na jeden dzień, ot, zrobić zakupy, pójść na jakiś ciekawy panel. Niestety, taki był tylko zamysł. 

RAK
Przede wszystkim, była to moja dziesiąta już edycja tegoż wydarzenia, a stoiska wydawały się sprzedawać dokładnie to samo, co ostatnio. I wcześniej. I zawsze. I wszędzie. "Różnorodność" to słowo wystawcom na MCM obce, każdy sprzedaje generalnie to samo i nie chodzi mi nawet o sam rodzaj asortymentu, a konkretnie, te same przedmioty. Gdzie się nie obróciłam i gdzie nie szukałam, dosłownie wszędzie stały dokładnie takie same kubki. Naruto, Fairy Tail, Kuroshitsuji, Shingeki no Kyojin i Sword Art online mają prawdopodobnie monopol na wystawianie swoich produktów. Znalezienie czegokolwiek niezwiązanego z żadnym z powyższych "dzieł" graniczyło bowiem z cudem. Rozumiem, że niestety dokładnie na to jest market, ale to już popadanie w skrajność. Na tak wielkim konwencie, gdzie stoisk jest dziesiątki (jeśli nie setki), nie da się dostać nic ciekawego lub w jakikolwiek sposób oryginalnego. Większość stoisk to duże, ustabilizowane sklepy, które ustawiają się co roku; dla indywidualnych sprzedawców są ciasne miejsca na dalekim końcu hali, a i takich naprawdę niewiele. Nie sądzę, że są w stanie zapłacić za wystawienie (biorąc pod uwagę, ile MCM kasuje samych uczestników za wstęp). Kiedyś za największą zaletę tego wielkiego eventu uznawałam wybór gadżetów, teraz nawet to zaginęło. Nie ma już perełek w postaci oryginalnych wydań, artbooków z autografami czy limitowanych edycji figurek. Wszystko zastąpiła masówka.

Gigantyczna sala, ale
ludzi brak
Do tego to mogłam się jeszcze przyczepić, no bo w końcu chordy ludzi wciąż paradowały obładowane siatkami zdobyczy. Jednego natomiast nie umiem w żaden sposób usprawiedliwić; żenującego poziomu atrakcji. Jeśli śmiejecie się z malutkich paneli na które przybywa dosłownie garstka osób, nawet nie wiecie co mówicie. Po pierwsze i najważniejsze, ich ilość jest śmieszna. Dziś na przykład, w jednym z trzech teatrów, odbyły się cztery panele, każdy trwający po 30-40 minut. Jeden z nich odwiedziłam przypadkiem, na drugi się wybierałam. Ten pierwszy był spotkaniem z jakimś nikomu nieznanym aktorem; ludzie z "widowni" mogli zadawać mu pytania i tak to się jakoś kręciło. Co zabawne, aktorzyny nikt nie znał, także atrakcja średnio się kręciła. Kolejnym było natomiast spotkanie z właścicielami Animatsu Entertainment. Wszystkim, co panowie uczynili, było puszczenie kilku trailerów ich nowości i pokrótce wyjaśnienie o czym jest seria. Na koniec również przeprowadzono serię pytań i odpowiedzi, podczas których dwunastolatki z widowni dopytywały się kwestii w stylu "a kieeeeedy kolejne Naruuuuuto?" (Animatsu nie wydaje Naruto [ale pozycje równie jeśli nie jeszcze bardziej rakowe]). W kolejnych dwóch odbyło się odpowiednio tyle samo atrakcji. Opis żadnej z nich nijak mnie nie zachęcił, jednak śmiem podejrzewać, iż ich poziom znacznie się nie wybijał od tego co widziałam.

Godzina po ZAKOŃCZENIU
konwentu
Summa summarum, wynudziłam się za trzech, nie kupiłam nic ciekawego i zmarnowałam kupę pieniędzy, aby przez kilka godzin poprzedzierać się przez dziki tłum pełen rakowych ceraciarzy. Atrakcje na mniejszych scenach przewidywały ekranizację pierwszego odcinka No Game No Life (z angielskim dubbingiem), ewentualnie oglądanie jakiegoś Słynnego Gracza w akcji, toteż odpuściłam sobie niemal wszystkie. Nie zawitałam nawet na cosplayu, gdyż widząc kandydatów, prawie zapadłam się z zażenowania. MCM to czysta masówa, więcej tam teraz ludzi przychodzących z ciekawości, niż faktycznych miłośników tej tematyki. Wejściówki są drogie, atrakcje mogłyby równie dobrze nie istnieć, brakuje jakiegokolwiek klimatu, przy takim tabunie ludzi, socjalizacja jest niemal niemożliwa (prędzej ktoś zsocjalizuje się z twoim portfelem w kieszeni, niż z tobą), zero organizacji, nawet gadżety od lat przewijają się te same. Organizatorzy nawet się nie starają, nie przyjeżdżają już żadni interesujący goście specjalni, a indywidualnym, małym stoiskom, podcinane są skrzydła.  Jeśli zależy wam na fajnych zabawkach z chińskich bajek, poszukajcie sobie w internecie. Chodzi wam o socjalizację? Też lepiej poszukajcie kogoś z podobnymi zainteresowaniami na jakimś forum. Z ciekawości na MCM można się wybrać raz, ale to i tak na jeden dzień. Głęboko rekomenduję jednak wziąć ze sobą własne jedzenie. I pampersa. I tabletki na ból głowy. I pistolet. Nigdy więcej.

sobota, 23 stycznia 2016

Hiyolandia ma dwa lata!

Starzejemy się. Początek nowego roku zawsze był dla mnie z tego powodu depresyjny i to podwójnie, gdyż urodziny obchodzę tuż na jego początku. Starzeje się i mój blogasek; z tego powodu przygotowałam kilka funfactów na… swój temat. Kolekcją mango się chwaliłam, figurkami też, a czasem mam wrażenie jak gdybym była tu wręcz anonimowa. Zacznijmy jednak od kilku statystyk.


Najpopularniejszymi notkami zdecydowanie od zawsze były top 10, ale jedna szczególna przewyższa większość ilością odsłon wręcz kilkakrotnie.

Drugą najlepiej przyjętą był mój kosplejowy poradnik, co wyjątkowo mnie cieszy, gdyż w jego przygotowanie włożyłam swego czasu mnóstwo czasu oraz pracy.


1. Funfactów jest dwanaście, gdyż mentalnie tyle mam lat i na zawsze będę już miała.
Moje wypociny sprzed
jakiegoś już czasu
2. Uczęszczam obecnie na uniwersytet o wdzięcznej (oraz sugerującej kierunki uczelni) nazwie University of Creative Arts, konkretnie placówka w Rochester, specjalizująca się w przetopie metali szlachetnych na biżuterię, fotografii oraz ilustracji modowej, wraz z krawiectwem i podkierunkiem związanym z printami. Swoją specjalizację wybieram dopiero w przyszłym roku (aczkolwiek biorąc pod uwagę notoryczne ucieczki z warsztatów z fotografii, jedna opcja zdecydowanie odpada). Endżojuję zajęcia na tyle, że przychodzę nawet jak jestem chora. Also, jako jedna z niewielu osób gorączkowo robię notatki na wykładach z historii sztuki (tudzież… w ogóle na nie przychodzę).
Może i mam małe rączki,
ale umiem objąć całą skalę!
3. Odkąd tylko pamiętam, uwielbiam muzykę klasyczną, a moi ulubieni
kompozytorzy to Czajkowski i Rachmaninow (i nie lubię Schuberta). Poważnie, namiętnie słuchałam Uwertury 1812 i Dziadka do Orzechów gdy miałam trzy lata. Moja rezolutna rodzicielka, widząc moje zamiłowanie muzyką, postanowiła więc zapisać mnie na… balet. Dopiero wiele, wiele lat później udało mi się spełnić dziecięce marzenie i zainwestowałam w porządnego keyboarda (bo żeby upchnąć w domu pianino, prawdopodobnie musiałabym się pozbyć łóżka). A, jednym z najlepszych wspomnień mojego życia był bez wątpienia koncert Czterech pór roku Vivaldiego w Wenecji.
Królowa mojego życia
4. Moim marzeniem jest posiadanie hodowli bocianów saksońskich (ewentualnie jednorożców).
5. Pierwszą bajką którą obejrzałam w całości była Nana. Przyprawiła mnie o straszne brokoro, ale za to ją uwielbiam.
6. Generalnie to nie mam w zwyczaju oglądać telewizji, jednak jestem zagorzałą fanką amerykańskiego Projectu Runway. Widziałam wszystkie czternaście sezonów i sześć spin-offów.
7. Nie istnieje nawet dzień w którym w ogóle nie odwiedzam blogaska. Mam też zaplanowane i/lub rozpoczęte notki na pięć miesięcy do przodu. Inna kwestia, że wiele z nich kończy nie zostając nigdy opublikowanymi.
8. Ta słynna Bogusława, pani i władczyni mojego życia, mieszka ze mną już od dziesięciu lat (czy też raczej pozwala mi mieszkać w swoim domu), czyli praktycznie odkąd się urodziła.
My relationship in a nutshell
Przykład mojego twarzowego
rękodzieła
9. Posiadam imponującą kolekcję kosmetyków kolorowych i często wydaję ostatnie szekle na nowy pędzel. A, rzadko opuszczę dom bez perfekcyjnie pomalowanych paznokci, mam to szczęście, iż w stanie naturalnym są na tyle długie, twarde i zadbane, iż panie sprzedawczynie w drogeriach często pytają mnie czy to moje własne. Makijaż to, można by rzec, może nawet moje hobby, wykonywanie go sprawia mi mnóstwo przyjemności oraz jestem w stanie poświęcić na niego wiele czasu. Nie mówię o muskaniu noska puderkiem każdego rana (choć, oczywiście, porządnie maluję się i na codzień, nie spotkacie mnie ze źle zblendowanym cieniem), lubię brać to o krok dalej.
Insta ready
10. Pod pseudonimem "Pigeon" na hiyowym fanpejdżu ukrywa się mój chłopak. Jako samozwańczy memiczny król, stara się wypełniać go interesującym/zabawnym contentem. Osobiście wydaje mi się, że nawet mu to wychodzi, aczkolwiek moja opinia może być nieco subiektywna, wszakże lubię i fanpejdża, i mojego bojfrenda (przy czym bojfrenda nieco bardziej, gdyż ma cieplejsze dłonie i częściej robi mi herbatkę, pomimo tego, że mieszkamy daleko od siebie).
11. Również od najmłodszych lat - czytam. Czasopisma (popularnonaukowe), książki, mongolskie kolorowanki. Lektury szkolne znałam z wyprzedzeniem, w domu czytałam dla dalszego relaksu. Gustuję w fantasy, chętnie polskim, szczególnie twórczości Pilipiuka i Piekary. Uwielbiam Dostojewskiego i Kafkę, ale również znam niemal każdą powieść Christie, toteż jako drugi ulubiony gatunek zdecydowanie wskazałabym powieści kryminalne. Jestem również zagorzałą fanką Pratchetta.
12. Jest to notka jednocześnie rocznicowa jak i ostatnia. Ostatnia... na długi okres czasu na pewno. Nie będę się zapierać, że to ostateczny koniec i nigdy nie powrócę; nie umiem tak. Na pewno kiedyś przyjedzie dzień który przyniesie ze sobą wenę oraz nowy entuzjazm. Wbrew temu jak często na tę kwestię narzekam, nie odchodzę z powodu niewielkiego odbioru. Ot, po prostu - od dawna nie odczuwam przyjemności z blogaskowania, a… przecież o to w tym chodzi, prawda? W każdym razie, to były dobre dwa lata, nie żałuję sekundy spędzonej na skrobaniu swych wypocin i dzieleniem się nimi w internecie, a już z pewnością nie umiałabym zaprzeczyć jak bardzo cieszyła mnie wszelaka aktywność oraz słowa aprobaty. Ujmując krótko; dziękuję wam, naprawdę.



wtorek, 19 stycznia 2016

First impression - zima 2016.


Ajin
Progres: 1/13
Pros: świetny wizualnie opening, Mamoyan jako seiyuu MC
Cons: ohydna animacja, krawędziowość, denerwujący protagonista, niezbyt ciekawe (a już na pewno nie oryginalne) założenie fabularne,
Hiyowa rekomendacja: manga była edgy/10, więc może przynajmniej będzie śmiesznie jak w niej

Akagami no Shirayuki-hime 2
Progres: 1/12
Pros: bazując bardziej na pierwszym courze - uroczy bohaterowie, urocza historia, brak statusu quo
Cons: wydumane problemy, fenomen koloru włosów (konflikty na skalę międzynarodową się z jego powodu rodzą) jest niezrozumiały
Hiyowa rekomendacja: pewnie, jeśli oglądaliście pierwszy sezon

Ansatsu Kyoushitsu 2
Progres: 2/25
Pros: łatwe do polubienia postacie, relatywnie zabawne gagi, niezła animacja
Cons: nowy opening jest mocno rozczarowujący
Hiyowa rekomendacja: jak już pewnie wiecie - uwielbiam Ansatsu, nie pytajcie czemu, ot, odpowiada mi ten typ humoru i survivalowe okruchy życia

Boku Dake ga Inai Machi
Progres: 2/12
Pros: praktycznie wszystko; niesamowita atmosfera, przesympatyczni bohaterowie, naturalny przebieg akcji i doskonały pacing, śliczny ending
Cons: design matki MC mnie przeraża
Hiyowa rekomendacja: miałam bardzo ostrożny hype (ostrożny po Perfect Insiderze) od zapowiedzi  - póki co, dla mnie bajka sezonu

Dagashi Kashi
Progres: 1/...
Pros: dziewczynka na skrinie to świetna dziewczynka, lekki humor
Cons: mam wrażenie, że nie rozumiem wielu gagów i widoczna na pic rel różyczka  na ciele zawsze mnie niesamowicie irytuje, nie wiem jak was
Hiyowa rekomendacja: pierwszy odcinek był zaskakująco przyjemny; na razie daję szansę

Dimension W
Progres: 1/12
Pros: fajny protag, interesujący setting, genialny opening, intrydze czającej się w tle nawet udaje się wzbudzić zainteresowanie (przynajmniej moje)
Cons: trochę tam fanserwisu i ja jakoś hypu specjalnego nie odczuwam - jest tylko poprawnie
Hiyowa rekomendacja: nie skreślam tej bajki, wręcz przeciwnie

Divine Game
Progres: 2/12
Pros: w tle przewinęło się kilka przepięknych utworów
Cons: smutek, dramat, tragedia, incepcyjne retrospekcje, dość brzydka animacja, paplanina o marzeniach
Hiyowa rekomendacja: w tej krawędziowatości i nazwaniu bohaterów po kolorze ich ubrań, nawet jest śmiesznie

Durarara!!x2 Ketsu
Progres: 2/12
Pros: słodkie sceny pomiędzy Shinrą i Celty już w pierwszym odcinku <3
Cons: nie jestem w stanie stwierdzić czy czekają nas jeszcze gorze quality, czy osiągnęły już one swoje apogeum - mam oczywiście nadzieję na to drugie, nowy opening jest koszmarny
Hiyowa rekomendacja: wszyscy i tak już to oglądają

Gate 2
Progres: 2/12
Pros: drugi cour zaczyna się nieco mhroczniej, ale mi się ta zmiana klimatu właśnie bardzo podoba, nowa czołówka też fine
Cons: może to ze względu na moje nowe problemy ze skupieniem się, acz dialogi bywają przydługawe
Hiyowa rekomendacja: wystawiam

Hai to Gensou no Grimgar
Progres: 2/...
Pros: dość ładna muzyka
Cons: nieudolny fanserwis, mnóstwo koszmarnego quality, tępi bohaterowie
Hiyowa rekomendacja: sama nie wiem, bajka zdaje się nie wiedzieć czy być smutna, czy fanserwiśna, przez co wychodzi taka szara i nijaka - okruchy życia w mmo rpg brzmi jak niezły koncept, także będę kontynuować

Haruchika: Haruta to Chika wa Seishun Suru
Progres: 2/...
Pros: MC jest zaskakująco fajną dziewczynką
Cons: P.A Works dało nam Asukarę i to brzydactwo - aż ciężkie do uwierzenia, protag to bodaj najbardziej irytujący gnom sezonu, jakieś wielkie dramy i płacze już w drugim odcinku
Hiyowa rekomendacja: I wouldn't really bother

Musaigen no Phantom World
Progres: 2/...
Pros: śliczna animacja i kolorystyka
Cons: fanserwis, irytujący protagonista i ta mała dziewczynka, nijaki zamysł "fabularny", brak konkretnego celu
Hiyowa rekomendacja: nie jestem pewna, cyckowy fanserwis z pierwszego odcinka nieco mnie zniesmaczył, aczkolwiek ponoć KyoAni finds a way

Nijiro Days
Progres: 2/...
Pros: jako fanka romansów na głodzie jestem średnio obiektywna, aczkolwiek podoba mi się zamysł z kilkoma parami zamiast jednej, gagi są całkiem śmieszne
Cons: bohaterowie bez osobowości, oszczędna animacja, długość!!!1111
Hiyowa rekomendacja: ogląda mi się całkiem supi, ale te krótkie odcinki irytują

Prince of Stride: Alternative
Progres: 2/12
Pros: żadnych widocznych, ot, nieźle się ogląda
Cons: paskudna grafika, zupełnie sztampowi bohaterowie, przerysowanie, typowe "cudowne przypadki" (siostra będąca szefową Wielkiej Firmy, wpadnięcie na Wielkich Rywali)
Hiyowa rekomendacja: nijakie, z braku laku da się obejrzeć, ze sportówek wciąż mamy za to cudowne Haikyuu

Sekkou Boys
Progres: 2/12
Słuchajcie, w tym show gipsowa statua Hermesa jest voicowana przez Jun-tana. Statua ta robi jako idol. Idol, poważnie. Ogólnie bajka opowiada o losach nowej menadżerki zespołu innych figur. 12/10, must watch, pozostałe statuy mają równie znanych seiyuu (Sugita, Ono i… Tomoe z Kamisamy, w/e). Must watch, you guys.

Shoujo-tachi wa Kouya wo Mezasu
Progres: 2/...
Pros: jestem doprawdy zaskoczona jakością gagów oraz faktem, iż postacie mają jakieś charaktery, szczególnie Kuroda-san i tamten Straight Man-kun
Cons: podobna tematyka już była i to 1029102 razy
Hiyowa rekomendacja: póki co, jestem pozytywnie nastawiona - całkiem fajna bajka


Shouwa Genroku Rakugo Shinjuu
Progres: 2/13
Pros: rakugo, bohaterowie, grafika, muzyka, rakugo, doskonała ilość retrospekcji, ciekawe relacje
Cons: kiedyś się skończy i obiektywnie, pacing jest nieco powolny
Hiyowa rekomendacja: this. is. gold. i. love. it. bajka sezonu, 12/10, tęskniłam za dojrzałymi okruchami życia, a już w ogóle josei