czwartek, 20 lutego 2014

Od zera do pensjonatu właściciela - recenzja Hanasaku Iroha.

Życie nigdy nie było dla nastoletniej Matsumae Ohany specjalnie proste. Jej ekscentryczna matka, Satsuki, już od czasów maleńkości swojej córki nie szczędziła sobie przyjemności w postaci imprez czy mężczyzn. I choć Satsuki, mimo wszystko, ciężko pracowała na utrzymanie Ohany, to na dziewczynkę spadały wszelkie obowiązki domowe, to ona zawsze sprzątała i gotowała. Niespodziewanie, pewnego dnia, Ohana zostaje postawiona przed faktem dokonanym - rodzicielka wraz z jej nowym chłopakiem uciekają w obawie przed ścigającymi ich pożyczkodawcami. Na wielkie ucieczki nie zabiera się przecież ze sobą dziatwy, toteż młoda Matsumae na pewien okres czasu zamieszka z babcią, w jej rodzinnym pensjonacie. Co prawdopodobnie zszokuje Was równie mocno, jak mnie, na wieść o wyprowadzce, nasza bohaterka bynajmniej się nie zasmuca. Faktem jest bowiem, iż od jakiegoś czasu, nudziło już ją monotonne życie w Tokio, dziewczyna pragnęła jakiejś zmiany, a wyjazd na wieś wydaje się jej idealnym pretekstem do odpoczęcia od stolicowego zgiełku. Jakby emocji było mało, na dzień przed odjazdem Ohany, na odwagę zbiera się jej przyjaciel z dzieciństwa, Kouchi, który informuje ją o swoich długo skrywanych uczuciach. Nieco rozbita, pozostawia chłopaka w niepewności i wyjeżdża. Sprawy komplikują się jeszcze bardziej na miejscu, gdyż rzeczywistość okazuje się bardzo daleka od sielskiego życia, jakie wyobrażała sobie Ohana. Szybko przekonuje się, iż praca w pensjonacie do najłatwiejszych nie należy, a na każdym kroku towarzyszy jej stres, związany z początkowym brakiem akceptacji ze strony współpracowników i zmianą szkoły.

Pierwszy odcinek jest szklanką zimnej wody, zarówno dla Ohany, jak i dla widza. Realia anime przyzwyczaiły nas do niezłamanych protagonistek, pięknych, idealnych początków i jeszcze lepszych zakończeń. Oczywiście, bywają chlubne wyjątki od tej reguły i ku mojemu miłemu zaskoczeniu, Hanasaku Iroha to grona tychże wyjątków zdecydowanie należy. Choć naszej bohaterce chartu ducha na pewno nie brakuje, miewa ona z początku chwile zwątpienia i załamania. Nauka zawodu idzie jej dość topornie, nie pomaga brak wsparcia ze strony otaczających ją ludzi. Ale nie od razu Kraków zbudowano, prawda? Pewnie! Z czasem, a konkretniej, z odcinka na odcinek, Ohanie idzie coraz lepiej, aż w końcu praca pochłania ją doszczętnie, pozostawiając samą przyjemność z wykonywanego zawodu. Oczywiście, że dalej są chwile lepsze i gorsze, jednak poprawiają się również jej relacje z dziewczętami pracującymi wraz z nią w Kissuiso, pensjonacie babki Ohany oraz resztą pracowników. Powoli obserwujemy ścieżkę dziewczyny prowadzącą przez kolejne trudności, nie ma czasu na nudę, ale akcja nie pędzi jak szalona - wszak mamy do czynienia z okruchami życia, a nie kinem akcji! Jest sympatycznie, czasem słodko, czasem gorzko, tak, jak bywa w prawdziwym życiu. Tak, to przede wszystkim realizm wyróżnia serię z nawału podobnych, a reszta tylko dodaje do całości.

Ohana z początku może wydawać się kolejną, energiczną idealistką i w sumie...dużo od tego opisu nie odbiega. Dziewczyna jest rezolutna, twarda, zdecydowana i charyzmatyczna, nie można odmówić jej uroku, który zjednał sobie moje serce. Dużo mniej ciekawie prezentują się jej koleżanki, typowa tsundere, Minko oraz spokojna, małomówna Nako. Oprócz tej trójki, otrzymujemy również szereg mniej lub bardziej schematycznych postaci, na przykład surowego-choć-wyrozumiałego, młodego kucharza, Tohru, kelnerkę, będąca bodaj na zawsze niezamężną (i mocno ubolewającą z tego powodu) Tomoe czy wujka-popyhadło, Enishiego. Na słowa wspomnienia zasługują za to mama i babcia Ohany. Satsuki szybko okazuje się kimś zdecydowanie innym, niźli niedbającą o córkę, matką-alkoholiczką, jej postać wypadała naprawdę ciekawie, czyniąc ją moją zdecydowaną faworytką. To właśnie jej stanowczość pozwalała na chamowanie charakternej Ohany i coraz to nowszych jej pomysłów, dzięki niej, protagonistce udało się zrozumieć kilka jej błędów i nieprzemyślanych działań. Choć na początku kobiety wydają się zgoła inne, obie prezentują podobne podejście do wnuczki prezentuje również Sui. Babcia okazała się jednak zdecydowanie bardziej surowa i opanowana, niż jej rozrywkowa córka, dla niej zawsze priorytet stanowił pensjonat oraz jego goście. Obie zgrywały się idealnie, tworząc bardzo interesujący i niebanalny duet.

Grafika... No cóż ja mogę rzec. Jest cudowna, ale czegóż innego spodziewać się było można po P.A. Works! Tła, pejzaże, krajobrazy, ni mniej, ni więcej, jak po prostu porażają szczegółowością i swoim pięknem. Projekty postaci cieszą oko schludnością, to samo tyczy się bardzo płynnej i dopracowanej animacji - gołym okiem widać ogrom gotówki włożonej w stronę wizualną, ale myślę, że dla takiego efektu, warto było. Muzyka za to nie wyróżnia się niczym specjalnym, choć dostarczono nam kilka naprawdę ładnych kawałków przewijających się w tle. Obydwa openingi są słodziutkie, wręcz mdlące, spodobał mi się za to pierwszy ending. Na soundtrack składa się mieszanina fletu, gitary, skrzypiec i pianina, czasem bardziej, czasem mniej udana, brakowało mi czegoś wpadającego w ucho, utworu, który pamiętałabym nawet po zakończeniu serii, bez potrzeby ponownego przesłuchiwania OST.

Hanasaku Iroha to wysokiej jakości seria obyczajowa, opływająca w wątki komediowe, dramatyczne, a nawet romantyczne. Mnie seans pochłonął bez reszty, wciągnęły mnie potyczyki Ohany na jej drodze do dorosłego życia. Nietypowa, jak na standardy przyjęte w anime, tematyka, okazała się bardzo trafnym i udanym eksperymentem. Fani gatunku (i nie tylko!) na pewno nie będą zawiedzeni.

Grafika - 10/10
Muzyka - 6/10
Bohaterowie - 7/10
Fabuła - 8/10
Całokształt - 8/10

2 komentarze:

  1. Po przeczytaniu recenzji jestem pewna jednego na 100% - koniecznie obejrzę, nie ma bata. Nie pozwolę, by seria, o której wyrażasz się tak pozytywnie, przeszła koło mnie niezauważenie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam Twoje recenzje!! Wrócę tu na pewno :)

    OdpowiedzUsuń