czwartek, 6 lutego 2014

Dancing in the moonlight - recenzja Hanbun no Tsuki ga Noboru Sora.

Yuuichi Ezaki, znudzony światem licealista, przechodzi właśnie rekonwalescencję po wirusowym zapaleniu wątroby. Los sprawia, iż w tym samym czasie, w tym samym szpitalu, terapię odbywa śliczna Rika Akiba, cierpiąca na Straszną i Skomplikowaną Wadę Serca, Której Nazwy Nikt Nie Pamięta. Niestety, tym razem nie mam dla Was szokujących wieści - tak, to takie proste i sztampowe jak się wydaje, ale czy koniecznie "nieskomplikowane" jest równoznaczne ze "złe"?

Mając do czynienia z serią zaledwie sześcioodcinkową, raczej nie spodziewamy się przesadnie skomplikowanej fabuły. Linia fabularna jest więc rozgałęziona niczym linia metra w Warszawie, jednak w tym wypadku, nie uznaję tego za wadę. Przez sześć odcinków obserwujemy początek i rozwój relacji głównej pary i uwierzcie albo nie, tyle naprawdę wystarczyło aby opowiedzieć zgrabną, dobrze przemyślaną historię. Jest dramat, mamy i Tragiczną Przeszłość™, są mniejsze oraz większe dylematy. Czy tym razem nie wyszło to tak plastikowo, jak zwykle? Cóż, kończą się dobrocie, albowiem nie. Tak, wszyscy wiemy, twórcy chcieli dobrze, ale niestety, historia uderzyła mnie brakiem realizmu, który w każdej produkcji, nie tylko animowanej, cenię sobie ponad wszystko. Całość wydała mi się cokolwiek podkolorozywana i mocno przesłodzona, nie zabrakło typowych, dhramatycznych zwrotów akcji, które niestety wypadły bardzo wymuszenie. Każda scena miała na celu zmuszenie widza do płaczu, i choć oglądałam już serie, którym wychodziło to wybitnie dobrze, tutaj ani na chwilę nie czułam się choćby delikatnie wzruszona. Na całe szczęście, znalazło się również kilka chwil na momenty nieco mniej poważne, które znacznie podnosiły poziom całości - gdyby wyjąć nieustającą gadaninę o zbliżającej się śmierci i nieustępliwe wykrzykiwanie swoich imion w wykonaniu bohaterów (ale muszę przyznać, pod tym drugim względem, HanTsuki nie udało się pobić Tsubasa Chronicle), otrzymalibyśmy całkiem przyjemne okruchy życia w romansowym sosie.

Show częściowo ratują i bohaterowie. Emo-tsundere, Rika, nie wypada wcale tak źle, bowiem zdarzy się jej odpyskować Yuuichiemu czy dorzucić coś od siebie. Jej partner jest natomiast książkowym przykładem Protagonisty Takiego Jak Ty#123242, jednak co ciekawe, dodano mu kilka (niestety, tylko kilka), cech, które czynią go nieco bardziej wiarygodnym od reszty podobnych - jest przede wszystkim ludzki i ludzkie też miewa słabości. Reszta obsady nie zasługuje na słowa wspomnienia, powiem tylko, iż składają się na nią pielęgniarka, Akiko, sceptyczny lekarz, Goro, oraz kilku znajomych Yuuichiego. Zdecydowanie brakowało mi kogoś wyraźniejszego, kogoś, kogo można byłoby polubić, albo chociać zainteresować się jego osobą - postacie są raczej nudne, z drugiej strony, nie ma też elementu irytującego, toteż w tej kwestii pozostanę neutralna.

Proste, acz schludne projekty postaci nie robią większego wrażenia. Pejzaże są zwyczajnie poprawne, tła również, nie zauważyłam też większych spadków w jakości całkiem płynnej animacji. Niewiele mogę za to zarzucić ślicznemu soundtrackowi, obfitującemu w przejmujące i smutne utwory fortepianowe oraz skrzypcowe. Openingu nawet nie pamiętam, ale ending uważam za względnie udany, pasował on do całości i nadawał jej specyficznego klimatu.

Reasumując i to krótko - było nieźle, choć szału nie ma. Serię mogę polecić mało wymagającym miłośnikom nieskomplikowanych historyjek miłosnych, za to zdecydowanie odradzić sceptykom takowych tudzież osobom poszukującym realistycznego dramatu. Mnie historia Yuuichiego i Riki nie ujęła, jednak nie wspominam tego anime źle, wręcz przeciwnie, było ono miłym odmóżdżaczem, uroczą historyjką z początkiem i końcem.

Grafika - 6/10
Muzyka - 7/10
Bohaterowie - 5/10
Fabuła - 5/10
Całokształt - 6/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz