czwartek, 27 marca 2014

O sezonie zimowym 2013/2014 słów kilka.

Czas leci. Czasem robi to szybciej, niż byśmy sobie tego życzyli, a czasem wręcz przeciwnie, zdaje się ciągnąć w nieskończoność. I tak oto sezon zimowy już za pasem, a ja w myślach dalej mam pierwsze odcinki, nie mogąc wyjść z podziwu, iż obejrzałam właśnie końcówki zimowych serii. Gdybym za dwa lata została zapytana o zimę 2014, prawdopodobnie pierwszym co przyszłoby mi na myśl, byłyby niesamowicie wysokie (jak na tę porę roku, oczywiście) temperatury, utrzymujące się niemal od grudnia. Nie zrozumcie mnie źle, nie uznaję minionego sezonu za sezon skrajnie nieudany. Na pewno mam go za to za okrutnie przeciętny i rozczarowujący pod wieloma względami. Dobrze zapowiadające się serie, jak zwykle okazały się mniejszymi lub większymi gniotami, tudzież w najlepszym przypadku - przeciętniakami, co poniekąd odbiera przyjemność z oglądania "pewniaków". Bywały miłe i te nieco mniej przyjemne zaskoczenia, jednak w ostatecznym rozrachunku, cały sezon wypadł cokolwiek blado w porównaniu do kilku poprzednich. Przy takim ogromie tytułów, szokuje mnie fakt, iż zaledwie dwa lub trzy wypadły ponadprzeciętnie. No dobrze, dość już tego ogólnikowego gadania, skupmy się na poszczególnych seriach. Pozwolę sobie zacząć od "resztek" z sezonu jesiennego 2013, których to oglądanie miałam okazje kontynuuować w tym roku. Let's start the butthurt.


Diamond no Ace
Niestety, w tym wypadku jestem zmuszona do wyrażenia swojej opinii przed zakończeniem emisji, jednakże w dalszym ciągu nie wiadomo, ile seria będzie miała odcinków (sugerując się ilością tomów mangi, możemy się spodziewać nawet tasiemca). Będąc szczerą, nie cierpię baseballu, nigdy do końca nie zagłębiałam się w jego tajniki (toteż na dobrą sprawę nie znam jego zasad), jednak chyba właśnie to zmotywowały mnie do rozpoczęcia serii traktującej o takiej, a nie innej tematyce. Mając porównanie z dużo popularniejszym Kuroko no Basuke, naprawdę nie jestem zawiedziona. Nie ma tu miejsca dla supermocy, nakama power w każdym epizocie czy nienaturalnych power-upów w trakcie gry. Bohaterowie zawzięcie dążą do celu i wypadają w tym dosyć naturalnie. Przeszkadza mi bodaj tylko grafika (konkretnie projekty postaci), bowiem ciężko odróżnić poszczególnych bohaterów oraz spora przewidywalność. Na dzień dzisiejszy, mocne 6/10, przyjemne toto w odbiorze, zapewnia mi dwadzieścia minut rozrywki tygodniowo, a to wszystko, czego od tego anime wymagałam.

Golden Time
To było... Okrutne. Zapytać możecie "to na cholerę, masochistko jedna, oglądałaś?". Otóż odpowiedź jest prosta - byłam niezmiernie ciekawa absurdów, jakie zaserwują nam twórcy w kolejnych epizodach. Poziom głupoty i wszechobecnego bezsensu w prowadzeniu fabuły, jej rozwoju oraz zachowaniach postaci, wzrastał z odcinka na odcinek. Oficjalnie obwieszczam Koko najbardziej irytującą postacią roku 2013, a na drugim miejscu stawiam Banriego. Niby dorośli ludzie, a zachowywali się gorzej, niźli wielu nastolatków w seriach szkolnych. Umiejscowienie akcji na studiach dało mi płonne nadzieje na coś mniej sztampowego i chyba przez to moje rozczarowanie było tak wielkie. Muzyka... Cóż, myślę, że lepiej byłoby, gdyby w ogóle się nie pojawiła, bowiem moje uszy niemiłosiernie krwawiły słysząc obydwa openingi i endingi. Nie wiem czemu, może za Lindę, może za buźkę Mitsuo, a może za całkiem przyzwoity humor w początkowych odcinkach - 3/10. A może ja naprawdę jestem masochistką.





Kill la Kill
Coming soon, mam za dużo do napisania na temat tej serii, aby nudzić Was tymi wypocinami w tym momencie. Chyba pokuszę się o pełną recenzję. Bo przecież czemu nie.
8/10












Kuroko no Basuke 2nd Season
Zastanawialiście się kiedyś, co by było, gdyby połączyć Dragon Balla, Naruto, Toaru Majutsu no Index, Fairy Tail i zrobić z tego serię o...koszykówce? Jak bardzo nie pałałabym gorącym uczuciem do pierwszej serii, poziom supermocy i nakama power po prostu mnie w nowym Kurobasu przerósł. I choć gagi w dalszym ciągu pozostawały całkiem zabawne, to stężenie nudy, spowodowane przeciąganiem niemal wszystkich meczy w nieskończoność, zabiło we mnie resztki subiektywności. Świetny początek obiecywał godną kontynuację dobrej serii, niestety, im dalej w las, tym gorzej. A co mi tam, 6/10. Trzymam kciuki, aby przy ewentualnym trzecim sezonie, twórcy wyciągnęli jakieś wnioski z popełnionych błędów. A jeśli tak było w mandze - cóż, I guess, niewiele da się zrobić.





Log Horizon
Oglądając trailer, plakaty czy nawet czytając opisy, nie sposób było nie skojarzyć Log Horizon z (nie)sławnym SAO (aka SSAŁO). Pełna uprzedzeń, z niepokojem zabrałam się za pierwszy odcinek i wyłączyłam go po zakończonym seansie z uśmiechem na ustach. Zamiast patosu, heroicznie wygłaszanych przemów, niepotrzebnych walk i całego tego plastiku, którym SAO raczyło nas w każdym odcinku, dostaliśmy rozgarniętego protagonistę oraz spokojną, przemyślaną opowieść. W miejsce krzyków i płaczów wstawiono wspólne przyrządzanie hamburgerów. Urzekła mnie ciepła atmosfera, aczkolwiek to nie było wybitne anime, które utknęłoby w mojej głowie na dłuższy czas. Czekam na zapowiedzianą już kontynuuację - 7/10.





Nagi no Asukara
Jak po P.A Works można się było spodziewać, już od pierwszego odcinka szczodrze raczono nas pięknymi krajobrazami. Niestety, cudowna grafika była jedynym, mocnym punktem serii, pełnej mankamentów. Większość czternastoletnich bohaterów doprowadzała do szału swoim niezdecydowaniem i infantylnością. Na dobre zdecydowanie wyszedł twist fabularny w połowie serialu, pozwolił on rozwinąć wątki intrygujące widza od początku i przedstawić nam kilka w miarę logicznych wyjaśnień. Klimat bijący od każdego odcinka był wręcz magiczny i muszę przyznać, trochę rozproszył mój sceptyzm.
6/10




Tokyo Ravens
Kolejne, nieco przeciągnięte urban fantasy, w którym grupka nastolatków heroicznie ratuje świat, albo przynajmniej sporą jego część. Oprócz akcji, która z początku wlokła się jak sparaliżowany żółw, irytowała mnie znaczna ilość postaci, w tym, a jakże, wyidealizowani protagonista i protagonistka, wiecznie ryczące kawaii panienki na każdym kroku, ogólna sztampa w prowadzeniu ich charakterów. Jedynie Touji, ten typ chyba po prostu tak ma, z głównej czwórki (piątki?) wyróżniał się w sposób pozytywny. Z drugiej strony, rozwlekanie poniektórych wątków pozwoliło zżyć się z bohaterami oraz wyjaśnić wszelkie nieścisłości czy tajemnice, którymi owiana była prawie każda postać oraz sama Akademia Onmyou. Niestety, gdy już wszystko jako-tako zaczęło się rozkręcać, a całość dążyła ku niezwykle dramatycznej, aczkolwiek zaskakującej końcówce, oczywiście musieliśmy otrzymać klasyczne zakończenie typu "zabili go i uciekł". Walczenia siłą miłości i przyjaźni nie skomentuję, to nigdy jeszcze nie wypadło dobrze, Tokyo Ravens niestety nie jest wyjątkiem w tej sprawie. Harutora zdecydowanie za często był ratowany w kluczowym momencie, ponadto on sam otrzymywał nienaturalne power-upy, jednak w ostatecznym rozrachunku, wydał mi się całkiem sympatycznym, choć nieco przygłupim (Bakatora pasowało do niego jak ulał!) gościem. Nie umiem nie wspomnieć o grafice, tej przepaskudnej grafice, która raziła po oczach brakiem proporcji, niestaranną animacją, a co najgorsze mnóstwem (MNÓSTWEM) 3D, które to wyglądało wręcz karykaturalnie w połączeniu z dość klasycznymi projektami postaci. Nic odkrywczego, nic ponadprzeciętnego, prawdopodobnie drugi raz bym nie obejrzała, seria miewała gorsze i lepsze momenty. Gdyby stanowczo wyciąć odcinki spędzone na gadaniu i rumienieniu się niewiast na szkolnych korytarzach, a właściwie...większość odcinków szkolnych, mogłoby być całkiem dobrze. Plus za przedstawienie historii każdego bohatera, to sporo wyjaśniło. 6/10, soundtrack był naprawdę w porządku, szczególnie spora część z battle ost wpadła mi w ucho.
-----
To chyba było na tyle. Meh, czas na świeże mięsko, prosto z 2014.



Chuunibyou demo koi ga Shitai! Ren
Kolejny sezon przygód twardo stąpającego po ziemi Yuuty i nieskalanej rozumem Rikki. Słodko jak w poprzedniej serii, ale czy ten dodatek naprawdę był konieczny? Jak obawiałam się pojawienia rywalki, to Shichimiya wypadła niesamowicie barwnie, motywując dotychczas bierną Rikkę i jej chłopaka do popchnięcia ich związku do przodu. Bywały momenty mocno przedramatyzowane i przesadzone, ponadto niewiele się od rozpoczęcia emisji w relacji głównych bohaterów koniec końców  zmieniło. Z całej sympatii i można nawet powiedzieć, pewnego sentymentu do poprzedniczki - 6/10, czuję się lekko zawiedziona. KyoAni, oczywiście, stanęło na wysokości zadania i grafikę utrzymano na najwyższym poziomie, ale przecież piękną wydmuszką się jeszcze nikt nie najadł.




Gin no Saji 2nd Season
Bezapelacyjnie - anime sezonu! Pomimo niewielkiej przerwy pomiędzy dwoma sezonami, zdążyłam się już stęsknić za fantastycznymi bohaterami, toteż z wielką radością zabrałam się za seans. Moje wielkie oczekiwania zostały jak najbardziej spełnione. Choć humor jest równie świeży i autentycznie bawiący, tak, jak w części pierwszej, to całość otrzymała nieco poważniejszy wydźwięk, bowiem skupiono się na aspektach dojrzewania oraz poszukiwania własnej drogi w życiu, co zostało nam przedstawione, ale nie rozwinięte w poprzednim sezonie. Ending uważam za jeden z najładniejszych (zarówno wizualnie, jak i muzycznie), z jakimi miałam przyjemność się spotkać w ogóle. Z niecierpliwością wyczekuję na dalsze losy Hachikena i spółki! Mocne 9/10.



Hamatora the Animation
Myśląc o Hamatorze, pierwszym, co przychodzi mi do głowy to "kicz". Może to przez tę szatę graficzną, może przez niesamowicie brzydki (wizualnie) ending, może przez rażącą w oczy nieudolność w prowadzeniu fabuły i brak oryginalnych założeń tejże (moce bohaterów, a raczej sam pomysł na nie, jest dla mnie zwykłą zżynką z DnB, do którego nawet nie śmiem przyrównywać tej żenady). No tak, ale są jeszcze bohaterowie. Akurat pod tym względem nie jest aż tak źle i częściowo ratują oni żałosne "zagadki", jednak o większości można powiedzieć tylko tyle, że gdzieś tam... są. Kolejnym,  mocnym punktem jest udźwiękowienie, obsada składa się z kilku bardzo rozpoznawalnych i cenionych seiyuu (Fukuyama Jun czy Kamiya Hiroshi). Najgorszy był za to fakt, iż od początku do samego końca nie miałam pojęcia, gdzie to wszystko, do licha ciężkiego, w ogóle zmierza? Hojne 4/10, uśmiechnęłam się ze dwa razy oraz przejawiam dziwną słabość do Arta. Niezła dupa z twarzy z niego była. No i plus za zaskakujące zakończenie.


Mahou Sensou
Hej, hej. Głównymi bohaterami są Lelouch z jakimś gorszym Geassem, głupsza wersja Gilgamesha, bardziej narwana Homura z Madoki oraz hojniej obdarzona przez naturę Saber. Od samego początku nie mogłam powstrzymać skojarzeń z tymi też  bohaterami, co niezwykle mnie na każdym kroku drażniło. Kompletny brak oryginalności i pomysłu, zerowa ewolucja postaci. Jeśli szukasz dobrej serii o wojnach magów czy coś w ten deser, obejrzyj Fate/Zero. Jeżeli masz już za sobą, to obejrzyj jeszcze raz, ale nie trać swojego cennego czasu na tę, delikatnie rzecz ujmując, dość nieudaną serię. Ostatecznie obczaj Tokijskie Kruki, o których już wcześniej wspominałam. Ending był spoko, thus 2/10.






Nobunagun
Zapowiadało się ciekawie i oryginalnie (widać inspirację stylem KlK, aczkolwiek to jednak nie "to"), niestety, wyszło do bólu przeciętnie. Podobały mi się za to kolory, bardzo soczyste i szczodrze użyte w tłach. I co, znowu to samo? "Muzyka ok, grafika ok, postacie ok, fabuła ok, ale tak w sumie, to było średnie". To mnie też nie chce się silić na oryginalność i wymyślać czegoś innego. Za miesiąc już prawdopodobnie nie będę o tej serii pamiętać. 5/10






Noragami
Jak pewnie my wszyscy, naprawdę uwielbiam moment, w którym pełna sceptyzmu, zaczynam przeciętnie zapowiadającą się serię, a pod koniec odcinka już nie mogę doczekać się kolejnego. Ku mojej ogromnej radości, Noragami okazało się jedną z takich perełek. Co ja się będę dużo rozpisywać - kompletnie kupiła mnie niegłupia historia Yato, Hiyori i spółki. Dwanaście odcinków śmiechu, akcji, a nawet wzruszeń. Z niecierpliwością wyczekuję na drugi sezon, tym bardziej, że seria trzymała wysoki poziom również pod względem audiowizualnym. Wystarczy obejrzeć trailer, opening czy choćby spojrzeć na bardzo imponującą listę seiyuu (na której znalaźli się m.in. Kamiya Hiroshi, Kaji Yuki, Sawashiro Miyuki, Rie Kugumiya, Ono Daisuke, Sakurai Takahiro, Imai Asami i wielu, wielu więcej). 8/10, to była doskonała rozrywka i sama przyjemność.



 





Pupa
Nielogiczne, paskudnie narysowane i udźwiękowione, za krótkie (a może i w sumie dobrze, że takie to było króciutkie), głupawe, nudne i kompletnie niestraszne. Dno i pięć metrów mułu. Czuję się mentalnie zgwałcona. Gorzej niż po Diaboliku. Ewenement.
1/10











Sakura Trick
Yuri bez większej ilości yuri, o ile pocałunki bohaterek w pierwszym odcinku doprowadziły mnie do spazmatycznych wymiotów tęczą, to powtarzane w absolutnie każdym odcinku po kilka razy zwyczajnie nudziły. Związek głównych bohaterek nijak się nie rozwijał, brakowało mi jakiegoś konkretniejszego bodźca od którejś ze stron. Koleżanki od całusów i nic więcej. Bywało zabawnie, bywało uroczo, tylko że przez większość czasu antenowego, niesamowicie nudno i przewidywalnie.  Może gdyby odcinki były dwa razy krótsze albo było ich dwa razy mniej,całość okazałaby się lepsza. 5/10










Sekai Seifuku: Bourykau no Zvezda
Szalone i nieprzewidywalne, często niesłychanie absurdalne, inne, wyróżniające się na tle podobnych, bardzo barwne i sympatyczne w odbiorze. Prosta historyjka, podana w interesującej formie. No i loli. Protagonistką była loli. 6/10, bez większego powodu, ale podobało mi się.












Strange +
Może seans kompletnie mnie ogłupił i pozbawił resztek szarych komórek, ale... W tej całej głupocie, kilka razy się nawet uśmiechnęłam. Za świetną obsadę (a właściwie za Jun-tana, eargasm tak bardzo)- 3/10.











Toaru Hikuushi e no Koiuta
Bardzo, bardzo urocza historia, czasami aż do porzygu, niestety. Główny bohater, choć miewał lepsze przebłyski, wydał mi się kolejnym idealistą, który siłą miłości zwalczał zło tego świata, pozostając nieśmiertelnym (wszak chroniła go święta moc scenariusza) do samiutkiego końca. Na początku - przyjemne w odbiorze, obiecujące powiew świeżości w gatunku. Spora dawka dramatyzmu pod koniec serii nie zaszkodziła, ani specjalnie jej nie pomogła, pasował mi taki punkt zwrotny. Śliczne krajobrazy, bardzo fajny klimat. Kibicowałam głównym bohaterom, choć nikogo specjalnie nie polubiłam. Płomienne przemowy i obietnice pod koniec jakoś mnie zraziły. 6/10




Wake Up, Girls!
Oczekując niezobowiązujących slajsoflajfów, wypełnionych po przegi moeblobami oraz serii tylko udającej, że jest o muzyce (czyli mówiąc prościej, czegoś pokroju K-on!), zostałam mile zaskoczona, gdy bohaterki już w pierwszym odcinku wyrażały się o przemyśle muzycznym i swojej planowanej karierze w dość dojrzały sposób, sugerujący, iż naprawdę myślą o tym na poważnie. Im dalej w las, tym gorzej. Wieczne, wyimaginowane rozterki, płacze, siła miłości i przyjaźni (na bór zielony, czy na jeden sezon nie powinni czasem ograniczać zasobów tychże sił?), próba wmówienia nam, że życie idolek jest thrudne oraz my, plebejusze nigdy nie zrozumiemy ich bólu (oglądając Nanę czy Beck może faktycznie mogłam w to uwierzyć, ale naprawdę nie rozumiem, czemu rozebranie się do stroju kąpielowego popchnęło kilka dziewcząt na skraj załamania nerwowego). Bohaterki były zwyczajnie przezroczyste, po dwunastu odcinkach nie pamiętam z imienia czy chociażby twarzy ani jednej. Muzyka, jak muzyka, za to opening był zwyczajnie przebrzydki. Pomysł i tematyka dobre, szkoda, że z realizacją już gorzej. 4/10





Witch Craft Works
Niczego się po tym tytule nie spodziewałam i nic też nie dostałam. Nielogiczne walki bez wyjaśnień, kompletnie bezsensowna fabuła, grafika pełna nieudanych efektów 3D i monstrualne cycki Kagari. Bawił mnie chyba tylko fakt, że ktokolwiek odważył się wyprodukować takiego gniota zupełnie na poważnie. Zasłużone 2/10.






Nisekoi
Będąc ogromną fanką mangi, wpadłam w stan absolutnej ekstazy gdy dowiedziałam się, iż zekranizuje ją sam SHAFT. Jak zwykle (prawie, Sasami-san to jeden z niechlubnych wyjątków od tego studia), nie zostałam rozczarowana. Surrealistyczne wręcz tła, pełne kolorowych detali pięknie kontrastują z klasycznymi projektami postaci, które tylko zyskały na urodzie w kolorze. Mamy klasyczne "head tilty" czy nietypowe prowadzenie kamery, co po raz kolejny zrobiło na mnie porażające wrażenie. Co tu dużo mówić, Nisekoi to bardzo porządne rom-com, jedno z najlepszych ostatnich miesięcy. Dwadzieścia zapowiedzianych odcinków wydaje mi się optymalną ilością i choć jestem pewna, że rozwiązanie będzie wymysłem twórców, wszak manga od przesadnie długiej ilości czasu wciąż jest kontynuowana, nie wiążę z nim większych obaw. Mam tylko nadzieję, że SHAFT zdecyduje się ominąć tudzież maksymalnie skrócić najnudniejszą część mangi, czyli tą, w której wokół Raku zaczyna tworzyć się harem. Póki co - well done, SHAFT, keep it up! 7.5/10, aspirujące do bycia ósemką.



Space Dandy
Skręcają mi się kiszki za każdym razem, gdy czytam infantylne hejty pod adresem Space Dandy, zarzucające tej serii głównie to, iż nie dorównuje ona poziomowi Cowboya Bebopa. Guys, a któż Wam obiecywał drugiego Bebopa? Miała być szalona, niesztampowa komedia ze świetnym soundtrackiem i animacją, a dokładnie to dostaliśmy! Mnie Space Dandy kupił w całości i już teraz zapisuję się do fanclubu protagonisty. Niestety, moje drogie, to nie kolejny moe chłopiec (który to tylko ciało ma chłopięce, z twarzą, a co tu mówić o osobowości, już niestety ciężej), a dorosły facet. Pan Watanabe po raz kolejny odwalił kawał dobrej roboty. I w tym przypadku niezwykle ucieszyła mnie wieść o kolejnym sezonie. 7/10






Seitokai Yakuindomo 2
Drodzy fani SYD, jeśli jeszcze nie oglądaliście kontynuacji, nie traćcie czasu i biegnijcie już teraz.Cała reszto - do Was adresuję takie same słowa, tak świetnej komedii, pełnej niedwuznacznych i niewybrednych żartów, niebędącej jednocześnie ecchi i niepokazującej nagości w najmniejszym stopniu, to ze świecą szukać.
8/10!







I na koniec ciche podziękowanie dla wszystkich, którym udało się przebrnąć przez tę ścianę tekstu - nawet ja miałam z tym problem. Naturalnie, życzę Wam i sobie, nawet bardziej udanego i obfitującego w ciekawe tytuły, sezonu wiosennego!

PS Coby ułatwić życie nieco mniejszym entuzjastom czytania, podkreśliłam tytuły, które od siebie szczerze polecam. Enjoy.

3 komentarze:

  1. Pomocne. I fajnie napisane.
    Z większością się zgadzam.
    Dziękuję za nową notkę :)

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Oł gad, jakże miło mi się czytało Twoją ''ścianę tekstu''. Zanim się obejrzałam dotarłam do końca i muszę przyznać, że mi z tego powodu przykro, ponieważ ogółem nienawidzę recenzji, a Twoje czyta mi się niezmiernie miło.
    Życzę powodzenia w dalszym blogaskowaniu i więcej fajnych animu na liście!

    /Zoku, której i tak nikt nie kojarzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy myślałam, że nikt już o moim blogasku nie pamięta, a ja sama powinnam porzucić blogowanie w cholerę, bo to widocznie znak z niebios...
      Dziękuję.

      /Hiyo, która osmarkała się ze szczęścia.

      Usuń