czwartek, 8 maja 2014

Życie angielskiego mangozjeba.

Przeglądłam sobie ostatnio archiwum Hiyowego bloga. Od założenia minęło już kilka miesięcy, a znaczną część zawartości stanowią, szumnie nazywane przez moją osobę, recenzje. Czy to w celu pozyskania nowych czytelników, niezainteresowanych reckami, czy chociażby dla miłej odmiany, postanowiłam pokusić się na coś zgoła innego. Tym razem padło na felieton, nie wiem, jak inaczej mogłabym nazwać dosyć krótki tekst na niezbyt poważny temat, bynajmniej przecież nie "artykuł". No bo w sumie, czemu nie. Jak całkiem sporo mangozjebów znam, tak częstym tematem przewijanym w naszych konwersacjach było moje życie za granicą. Oczywiście, nie jesteśmy tu po to, by mówić o różnicy w cenie chleba tudzież gospodarce kraju, toteż skupmy się na bardziej istotnych dla naszego fandomu kwestiach.


A nie mówiłam?
To może zacznijmy od portretu przeciętnego, angielskiego mangozjeba. Otóż jest on osobą raczej zamożną, nie żałującą specjalnie na mangi, anime i gadżety okołomangowe. Nie traktuje jednak swojej kolekcji niczym świętych insygnii, nie ma nic przeciwko pożyczeniu mongolskiej kolorowanki znajomemu (tudzież nieznajomemu). Nie należy do najbardziej wybrednego odbiorcy, jara się mainstreamowym shitem jak cała reszta (Ssało, Future Dajry, Atak on Tajtan), choć wyjątkowo rzadko, zdarzają się chlubne wyjątki. Tak, rzadziej, niż u nas. Nie przeszkadza mu angielski dubbing, nałogowo używa angielskich translacji tytułów, nie mając przy okazji pojęcia, że dany twór tak naprawdę nazywa się inaczej, co na dłuższą metę bywa irytujące, szczególnie w wypadku anime, które jednak szerzej znane są w oryginale. Ludź, jak każdy inny, można by rzecz. Średnio integruje się z bliźnimi o podobnym skrzywieniu (przykładem może być fakt, że pomimo mieszkania w stosunkowo dużym mieście, najbliższa grupa zrzeszająca fanów M&A znajduje się ponad godzinę drogi stąd, nie wspominając nawet o prywatnych spotkaniach kilku sztuk, a z tego co mi wiadomo, w naszej Cebulandii jest to chlebem powszechnim). Na nieliczne konwenty (o tym za chwilę) wybiera się raczej chętnie i hojnie. Średnia wieku takiego osobnika oscyluje w granicach 15-25 lat. Raczej ciężko trafić na piszczące hot dwunastki w nekomimi, co naturalnie się chwali. Nie afiszuje się on również specjalnie ze swoimi zainteresowaniami, uznając chlubną zasadę "less is more" oraz nie obwieszając się toną niepotrzebnych przypinek czy innych pierdół. Człek dość leniwy, z racji posiadania "wszystkiego" pod nosem - niełatwo znaleźć osobę wiedzącą o istnieniu innych stron streamujących anime, niźli szalenie popularny Crunchyroll.  I choć awridżowy, angielski mangozjeb, nie różni się zbytnio od polskiego odpowiednika, bodaj od "zawsze" preferowałam ten drugi gatunek.


Zbiór mangów
Kolejnym, dość istotnym aspektem mangozjebowego żywota, jest przecież sama jakość tych wszystkich szeroko dostępnych dóbr. Nie ma co się kłócić, w przeliczeniu 1:1 (a właśnie tak należy to liczyć przy polskich i angielskich zarobkach), nasze wydania sprawiają wrażenie dość kosztownych. Jak dobrze wiemy, koszt typowego tomika w naszym pięknym kraju wynosi ok. 20 złotych.
Porównanie jakości papieru. Po lewej - angielski,
po prawej, polski tom.

Wydania deluxe, zbiory kilku tomów i tak dalej, często podnoszą cenę do nawet sześćdziesięciu złotych, a zdarzają się i droższe. Pojedynczy tomik w Wielkiej Brytanii (warto nadpomnieć, iż niemal wszystkie są importowane ze Stanów), wyniesie nas mniej-więcej siedem funtów, co w przeliczeniu daje nam +/- 35 złotych i może dla nas jest wyzyskiem, ale licząc w przytoczony przeze mnie sposób, nie wydaje się być aż tak wygórowaną kwotą. Tutaj różnice w cenach są częstsze i bardziej znaczne, bowiem co ładniejsze wydania kosztują nawet dwa razy tyle, te w twardych okładkach - dwadzieścia parę funtów. Aleale! Czy to wszystko jest warte tych pieniędzy? Otóż - nie do końca. 99% angielskich wydań, to format większy, niż B6, jednak na przyjemnym rozmiarze kończą się plusy. Miałam w ręku dziesiątki, jeśli nie setki tomiszczy i trzeba Wam wiedzieć, że obwolutę widziałam 
Wnętrze hamerykańskiego tomiku
Nowelki

okrągły raz. Kolorowe strony to również niesamowity rarytas. Jakoś papieru pozostawia wiele do życzenia, nikogo nie dziwią żółtawe kartki, które często prześwitują ilustracje z poprzednich stron. Najgorzej prezentują się wydania zbiorowe, w miękkich, łatwo gnących się okładkach, zazwyczaj jedynie laminowanych, chromowane stanowią urban legend, ktoś kiedyś widział, ale w sumie nikt nie pamięta, co to konkretnie było. Z racji urodzenia się skończonym dusigroszem oraz fetyszystką porządnego papieru, średnio co dwa miesiące zamawiam więc paczkę z Polski. Tak, daję zarabiać cholernemu grubasowi. Wiem, powinnam się wstydzić. Mimo to, od czasu, gdy kompletnie bezmyślnie udało mi się wyrwać prawie całą stronę, jakoś stronię od hamerykańskich wydań. Naturalnie, każdy medal ma dwie strony. Już dobrze rozumiecie, do czego piję. Anime na dvd, light nowelki, artbooki, licencjowane gadżety. Wszystko to jest dostępne na brytyjskiej ziemii w wielu sklepach. Ale może to i lepiej? Ludzkość w końcu do dziś przeklina jakość tłumaczenia hińskich bajek od animegejtu. Dla ciekawskich, średnia cena:
-anime na dvd:
*filmy kinowe/OAV - 10-15 funtów, te nieco starsze lub mniej popularne, 3-8 funtów
*serie TV - 20-40 funtów
-light novel - 15-30 funtów
-artbook/character databook- 20-40 funtów

Zbiór hińskich bajek na dvd
-magazyn Neo (tak, jest tylko jeden fully angielski) - 5 funtówW sumie kolejnym problemem jest dostępność tego wszystkiego. Może i sklepy z gadżetami są tu znacznie popularniejsze (mam na myśli to, że w ogóle istnieją), ale mangi dostać  można zaledwie w dwóch sieciowych księgarniach, natomiast anime - jednej sieciówce. Przy takim ogromie tytułów, spodziewalibiśmy się przynajmniej dużego wyboru, jednak i tutaj muszę was rozczarować - nigdy nie spotkałam się z więcej, niż jednym regałem, co można spokojnie porównać do polskich warunków.



Stężenie mangozjeba: 2 sztuki na metr kwadratowy
Konwenty. Kwintesencja bycia mangozjebem. Chyba nie ma człowieka, który nie przepadałby za takimi wypadami, czy to dla socjalizacji, czy w celu uzupełnienia swojej kolekcji. Niezależnie od tego, co konkretnie planujemy tam robić, chyba każdy na angielskim konwencie, znajdzie coś dla siebie. Są tabuny stoisk, przepełnionych gadżetami. Królują breloczki i phonestrapy, przypinkom dałabym trzecie miejsce, bowiem na podium mieszczą się również figurki, zarówno chińska taniocha, jak i firmowe zabaweczki. Nierzadko pojawiają się stoiska z azjatyckim jedzeniem, odzieżą czy małymi elementami wyposażenia domowego. Znajdziemy mnóstwo mang, anime na dvd, kostiumów cosplayowych, gier, plakatów, wallscrolli, pluszaków, kubków i tak dalej, i tak dalej. Z atrakcji należy wymienić panele z najróżniejszymi

Scena na zewnątrz
celebrytami tudzież osobowościami japońskiego przemysłu M&A (jak chociażby sam Shinichiro Watanabe, do dziś pluję sobie w brodę, że nie wybuliłam forsy na płytę OST Bebopa z jego autografem, lub animator SnK, Katsuhiko Kitada), goście to niestety przede wszystkim brytyjskie aktorzyny, o których nie słyszano poza Wielką Brytanią. Nie powiem, by godziny spędzonene na wysłuchiwaniu dukania kilku ludzi siedzących na scenie, należały do najprzyjemniejszych w moim życiu, nie żywię również specjalnie gorącego uczucia do paneli tematycznych, które często są zbyt ogólnikowe oraz zwyczajnie nudne. Jest oczywiście i Euro Cosplay, na który zawsze oczekuję ze niecierpliwością, nierzadko widywałam naprawdę świetne prezentacje. Oprócz tego, niemal wszędzie można sprzedać/kupić doujinshi, pograć, czy to w karcianki, czy na specjalnych konsolach, zrobić sobie zdjęcia w specjalnym studio, no i po prostu poznać nowych ludzi, a tych nie brakuje. Taki MCM London Expo, odwiedza
EuroCosplay
średnio 50000 uczestników, toteż jak nietrudno sobie zwizualizować, ludzie wypadają drzwiami i oknami, można iść jedynie wraz z tłumem, a zawrócenie jest niemal niemożliwe. Konwenty to zorganizowane imprezy, mające miejsce w dużych halach (jak Excel), nie ma tu mowy o szkołach i innych takich. Cena wejściówki oscyluje w granicach 10-30 funtów, w zależności od długości imprezy. Suprise guys - tutaj się nie nocuje w konwentowym budynku. Uczestnicy, którzy chcą wziąć udział w całym wydarzeniu, a nie mają możliwości szybkiego dojazdu, są zmuszeni wykupić sobie hotel. Ma to w sumie swoje plusy i minusy, z jednej strony, można przespać się w ludzkich warunkach, z drugiej jednak, chętnie spędziłabym noc na konwencie, słuchając relacji znajomych, muszę przyznać, że to musi całkiem niezły fun. Sądzicie, że w Polsce jest mało konwentów? Wierutne bzdury. Nie dość by rzec, iż tutaj konwent stanowi "rzadkość". Nawet mieszkając niemal pod samą stolicą, nie jeżdżę na nie częściej, niż raz na pół roku. No ale cóż, to chyba nawet lepiej dla mojego portfela...

Czyżby już wszystko, o czym chciałam pomówić? I guess so. Bodaj jedyną kwestią, której nie poruszyłam, jest postrzeganie naszych zainteresowań przez "resztę" społeczeństwa - nikt tutaj nie robi z siebie biednych i uciemiężonych, chociaż M&A nie cieszy się wielką popularnością, fani są ogółem na tyle sympatyczni, że nie zdążyli wyrobić sobie negatywnej opinii w oczach społeczeństwa. Ja tymczasem wracam do nauki (tudzież...tudzież spróbuję wrócić), bo jutro "angielska matura". Keep crosses, guys!
 

3 komentarze:

  1. Za dużo kirito na metr kwadratowy, dostałem raka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No pls.
      To tylko czterdzieści sztuk, które przyszło na photoshoot. Po korytarzach przechadzało się ich znacznie więcej. Dopiero przebywanie koło tylu fanbojów w rzeczywistości, potrafi przyprawić człowieka o nowotwór.
      Swoją drogą, zastanawiam się, czego przylezie w tym roku. Ereny się już przejadły, o Kiritach nawet nie ma co mówić (wypełzną dopiero po premierze ssało2), w sumie na nic ostatnio nie było takiego boomu. Może czeka nas zalew Joutarów Kuujo? Sor (Sorów...?)? Powrót Natsów?

      Usuń
    2. "Onii-sama" - powiedziało naraz 40 Miyuki różnistych rodzajów.
      "Jestem zajebisty" - odpowiedziało 23 Tatsuyów, każdy o wadze powyżej 90 kilogramów.

      Usuń