czwartek, 23 października 2014

Top 10 - komedia + supernatural/sci-fi

1. Gintama - Shounenowy tasiemiec. Trzy razy nie, dziękujemy. A jednak. Gintama dokonała niemożliwego i została nie tylko moją ulubioną komedią, ale i jedną z bardziej cenionych bajek w ogóle. Pomimo ciągnięcia się przez kilkaset chapterów i niemal trzysta odcinków, dalej zaskakuje oraz rozkłada na łopatki swoją kompletną randomowością. Mało tego, gdzieś tam czai się i fabuła, nierzadko naprawdę ciekawa oraz wyjątkowo, jak na komedię, poruszająca, wystarczy chociażby spojrzeć na arc w Yoshiwarze i przedstawione w nim problemy tejże dzielnicy. Wypadałoby jednak ostrzec - Gintamowy humor jest dość specyficzny i choć mnie kupił już w pierwszym odcinku, malkontentów znalazło się od groma. Polecam obejrzeć godzinny wstęp, dający precyzyjny przedsmak bajki. Zresztą, nie przejmujcie się; ponoć połowy gagów w Gintamie nie rozumieją sami Japończycy.

2. Level E - anonimowa inwazja kosmitów, obcy żyją wśród nas, choć nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy; tymczasowo są niegroźni dla gatunku ludzkiego, toczą się jedynie potyczki między poszczególnymi rasami, ale kto wie, jak niebezpieczne mogą okazać się ich gangi? Uwikłany w intrygę, protagonista musi zajmować się rozkapryszonym księciem dalekiej planety... a przynajmniej tyle wiemy przez pierwsze dwa odcinki. Nie zdradzę nic więcej, nie chcę psuć niespodzianki - warto doświadczyć tego osobiście. No ale przecież mówimy o komediach! I w rzeczy samej, Level E to komedia arcygenialna, łącząca szaleństwo z zaskakująco porywającą fabułą, doprawiona fantastyczną grafiką oraz soundtrackiem. Funfact: bajka wychodziła w sezonie Madoki i to chyba jedyny powód dla którego tak niezwykle udana seria przeszła bez większego echa.

3. Suzumiya Haruhi no Yuutsu - nieznajomość Haruhi jest dla mnie tak absurdalna, jak głęboka fascynacja Kod Gijasem i uwielbienie do Suzaku jednocześnie. Haruhi zna każdy, od ponad ośmiu lat zbiera swój monstrualnie wielki fandom (a właściwie to kościół), fani wywijają tyłkami w rytm jej openingu (co zawsze wychodzi równie żenująco), a fala fail cosplayerów zalewa każdy konwent. Haruhi nie trzeba przedstawiać nikomu, tę bajkę się po prostu zna, oszczędzę więc wam dłuższego lania wody i przejdę do konkretów - chociażby dla samego faktu znania tej bajki, obejrzeć ją trzeba. Niemal prekursor gatunku, od którego wiele podobnych serii wciąż próbuje mniej lub bardziej udolnie czerpać.
4. Binbougami ga! - szczęście niby zawsze się w życiu przydaje. Bogata, inteligentna, słodka jak cukierek oraz obdarzona imponującym popiersiem Ichiko na pewno nie może zaprzeczyć - tylko co, jeśli ten słodycz jest w środku nieco zgniły? Nie, bynajmniej, Binbougami ga nawet nie próbuje być poważne. Zamiast tego, oferuje absurd w czystej formie, tuziny nawiązań do mnóstwa bajek (wyróżnić trzeba parodię JoJo oraz DN, wyguglajcie, zachęca do seansu bardziej, niż najobszerniejsza z moich ścian tekstu) oraz całą galerię barwnych osobowości, jedna drugą przebijająca. Humorowi zdarza się oscylować na granicy dobrego smaku (w mojej opinii, nigdy jej nie przekraczając, jednak mam wypaczone zdanie na ten temat) -od czego są wszakże pierwsze odcinki, jeśli nie w celu przekonania się samemu? Od siebie, rekomenduję i to niezwykle mocno.

5. FLCL - czyli jak wyglądałby Evangelion, gdyby tworzono go na fazie. Ale nie, nie na antydepresantach. Myślę, że twórcy FLCL brali płynne żelki prosto w żyłę. Czy cokolwiek. Zresztą, czy coś z tego jest w ogóle istotne, gdy omawiamy serię, w której młodzi chłopcy są molestowani przez dziewczyny swoich braci, posiadają cokolwiek dwuznacznie wyglądające narośle na środku czoła czy chociaż będącymi ofiarami prześladowania uzbrojonych w gitarę kosmitek? O tej bajce mogę na pewno powiedzieć jedynie dwie rzeczy - animacja oraz soundtrack robią gigantyczne wrażenie nawet po upływie wielu lat, idealnie wpasowując się w klimat. Może nie zrozumiałam, ba, może i nigdy nie zrozumiem, o czym to właściwie było... tylko jakie to ma znaczenie w obliczu tak wielkiego enjoymentu, którego doświadczyłam podczas seansu?


6. Pani Poni Dash! - wbrew pozorom - SHAFT naprawdę istniał przed powstaniem Bakemonogatari! Mało tego, nie tylko sobie cicho egzystował, ale swego czasu stworzył jeden z bardziej interesujących produktów japońskiej animacji. Produktów niemal równie trudnych do opisania, jak i w odbiorze; nie mam pojęcia, o czym to w zasadzie było, ale mi się podobało. Jeśli sądziliście, że to Gintama zabija ilością nawiązań do japońskiej popkultury, byliście w głębokim błędzie. Szkolne przygody bohaterów... Do jasnej cholery, oni w jednym z odcinków ratowali naszą planetę. Bajka zdecydowanie nie dla wszystkich, wymaga  pewnej wytrzymałości i sporego rozeznania, o ile planujemy czerpać z niej pełną przyjemność, jednakże po prostu unikatowa. Na każdej płaszczyźnie.

7. Jinrui wa Suitai Shimashita - na plakacie słodka dziewuszka, otoczona równie cukierkowatymi przedmiotami, w serduszkowym tle widzimy rajski krajobraz. Jak bardzo mogą mylić pozory i czy naprawdę uwierzylibyście, że Jinrui wa Suitai Shimashita jest czarną komedią? Kontrast pastelowej grafiki oraz uroczej otoczki z groteską prezentowanego humoru to zdecydowanie największa zaleta bajki, przy okazji wyróżniając ją z nawału podobnych. Podobnie jak w przypadki Pani Poni Dash! (cóż, aż tak ekstremalnie jednak nie jest), nazwanie ją "absurdalną" to cokolwiek za mało; żarty bywają kompletnie randomowe, ale przecież to właśnie w komediach kochamy, prawda?
8. Carnival Phantasm - były parodie, były satyry, mieliśmy czarne komedie oraz twory kompletnie absurdalne - czas więc na autoparodię od TypeMoon, zestawiającą postaci z dwóch najpopularniejszych franczyz, Shingetsutan Tsukihime oraz Fate/Stay Night. Do fanów tychże Carnival Phantasm jest też celowane, osoby niezaznajomione z uniwersum owszem, prawdopodobnie będą ukontentowane, jednak do zrozumienia tabunów nawiązań, czyli przecież najsmaczniejszego mięska, znajomość zarówno bajek, jak i visual nowelek, jest esencjonalna. Karnawał, jak karnawał; zabawa i szaleństwo, co sprawdza się wyjątkowo dobrze w kontraście ze śmiertelną niemal powagą parodiowanych serii. Istna gratka dla miłośników, a tych, mam nadzieję, mamy tutaj wielu. 

9. Saint Onii-san - a co by było, gdyby Jezus i Budda postanowili wybrać się na wspólne wakacje do Japonii? Cóż, zakładając, że w ogóle istnieją, mogliby zamieszkać w tanim apartamentowcu, chodzić razem do sauny, rozdawać w prezencie owce i szerzyć dobro na ziemi. Saint Onii-san jest nie tylko przezabawne, ale i bardzo ciepłe, a oba bóstwa przesympatyczne; w zasadzie nawet bardziej bawi wyobrażenie Japończyków o chrześcijaństwie. Poszukujących gagów wyśmiewających którąś z religii muszę rozczarować, a potencjalnie zbulwersowanych takowymi uspokoić, bowiem jak wspomniałam, serii blisko do okruchów życia i choć żarty bywają niemal absurdalne, dominuje spokojny klimat. Kinówka okazała się w moim odczuciu nieznacznie lepsza od odcinków OAV, niemniej jednak polecam zapoznać się ze wszystkim.

10. Hataraku Maou-sama! - tym razem, kończymy demonicznym akcentem. Hataraku Maou-sama w skrócie? Szatan pracujący w fast foodzie. I gdyby wyjąć z deka niepotrzebną fabułę (tak, to ten typ komedii, który ma albo zbyt słaby pomysł na główną intrygę tudzież świat przedstawiony, albo za mało czasu ekranowego, albo...jedno i drugie, iż lepiej by się obszedł bez zagłębiania się w fabułę, skupiając się jedynie na gagach), byłoby świetnie. Cóż, wciąż jest natomiast bardzo dobrze. Idea jest nieco podobna do zamysłu fabularnego Saint Onii-san, bohaterowie są jednak zdecydowanie bardziej "cywilizowani", stąd ich zderzenie z japońską codziennością nie przynosi aż tylu abstrakcyjnych sytuacji. Subiektywnie - fajna bajka, spędziłam z nią miło czas. Nie mogłabym natomiast bezwarunkowo polecić jej absolutnie wszystkim, choć jej miłośnicy na pewno się znajdą.

2 komentarze:

  1. Niepokoi mnie ta duża liczba nieznanych przeze mnie tytułów... Jest co oglądać. Szkoda, że nie ma kiedy.

    Gintama bardzo zacnie, bardzo pochwalamy, bardzo. Miałabym dożywotniego focha, gdyby spadła choćby i o pół schodka. Walić to, że o gustach się nie dyskutuje. To jest Gintama.

    Buziaki,
    Sushi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O gustach może się nie dyskutuje, ale o ich braku - jak najbardziej, a o tym świadczyłoby nieumieszczenie Gintamy w moim zestawieniu.

      Swoją drogą, nie wiem, jak uważnie śledzisz blogaska, ale ostatnimi czasy kompletnie nie stosuję się grafika (co było spowodowane m.in. awarią sprzętu, niezwykle trudny okres w moim życiu), co zamierzam jednak naprawić i od ubiegłego piątku począwszy, wrzucać wszystko zgodnie z planem.

      Lots of hugs c:

      Usuń