wtorek, 13 stycznia 2015

Przygody płaczliwej pszczółki - recenzja Tegami Bachi.

Siedmioletni Lag Seeing zostaje wysłany jako przesyłka przez swoją własną matkę. No przecież, że nie żartuję. To poważna recenzja! Chłopiec trafia pod opiekę tak zwanej Letter Bee, czyli nie do końca zwykłego listonosza, imieniem Gauche Suede. Rozpoczynają dość niebezpieczną podróż do adresata, podczas której obojgu przyjdzie otworzyć przed sobą serca. Historia chłopca okazuje się znacznie bardziej skomplikowana, niźli zwyczajne nieszczęście posiadania niezrównoważonej matki; rodzicielka w istocie została porwana, a sam Lag od małego posiadał czerwony klejnot zamiast lewego oka. Gdy po jego domu pozostała górka tlących się popiołów, w osamotnieniu nie miał nawet nic przeciwko zostaniu przesyłką. Kto by się spodziewał, że właśnie ta przygoda przyniesie jego życiu istną rewolucję. Po raz pierwszy od dnia narodzin, opuszcza rodzimą wioskę oraz dojrzewa rozległy, wciąż nieodkryty świat, odległe lądy, niezbadane miasta, nieprzestudiowane szlaki. W najśmielszych snach nie przypuszczał, iż właśnie w tym momencie uda mu się wyrwać ze swojej gehenny, a to wszystko za sprawą jego przewodnika. Gauche odkrywa przed nim zakamarki własnej duszy, szczegółowo opisując powody motywujące go do podejmowania tak niebezpiecznej pracy, jaką w uniwersum Tegami Bachi jest niewątpliwie fach listonosza. Ich ścieżkę ku celowi niejednokrotnie przecinają niejakie Gaichuu, potwory czyhające na serca przemierzających. Do zadań Pszczół, wyposażonych w specjalne bronie, Shindajuu, należy więc rozprawianie się z monstrami oraz ochrona cennych listów. Mimo woli Laga, chłopiec zostaje w końcu "dostarczony", a więc drogi jego i Gauche w tym miejscu muszą się rozejść. Postanawia on jednak pewnego dnia dorównać swojemu wzorowi oraz powiernikowi, samemu wstępując w szeregi Letter Bees. Od zera, do bohatera? Niekoniecznie. Raczej do małej, płaczliwej pszczółki.

Akcja właściwa rozpoczyna się po pięcioletnim przeskoku czasowym. Dwunastoletni Lag , odziany już w charakterystyczny mundur, stawia swoje pierwsze kroki jako Pszczoła. Jest więc w stanie nareszcie spełniać marzenia o dostarczaniu szczerych uczuć zamkniętych w listach do wyczekujących z niecierpliwością adresatów. Fabuła obydwu sezonów jest epizodyczna; większość historii, polegających na ni mniej, ni więcej, jak na dostarczeniu przesyłki, zamyka się w jednym odcinku. W tle rozwija się również wątek zaginionego Gauche, po którym, od czasu awansu, dosłownie słuch zaginął. Nietrudno pojąć dwuwymiarowość przygód naszej małej pszczółki. Gaichuu to stworzenia raczej metaforyczne, nienachalnie symbolizujące niesnaski i trudności w relacjach międzyludzkich, bowiem to na nich skupia się cała seria. Bez zdradzania zbyt wiele, niezwykle ciężko jest wdrożyć się w jakiekolwiek szczegóły linii fabularnej. Ta rozwija się leniwym tempem, by po przeszło pięćdziesięciu odcinkach, zepchnąć istotne jej elementy na drugi plan, pozostawiając górę niedopowiedzeń, a powierzchownie rozwiązać jedynie główny wątek. To ogromna bolączka tej serii, biorąc pod uwagę, jak interesujące i obiecujące jest całe uniwersum. Świat pogrążony w ciemności nieśmiało oświetla słabe, sztuczne słońce, do którego dostęp również mają tylko nieliczni wybrańcy. I tu można dopatrywać się drugiego dna, ale to już pozostawiam indywidualnym odbiorom. Pojedyncze arce przyrównałabym do sinusoidy, od autentycznie wciągających opowieści, po odcinki nudne jak Vampire Knight i naiwne niczym tejże serii protagonistka. Oryginalny świat przedstawiony kusi, zachęca do dalszego seansu, jednak na tych słodkich obietnicach się kończy. Wiadomo wszakże, iż każdy widz bezsprzecznie preferowałby zobaczyć kolejne wiadra łez wylane przez Laga, niźli dowiedzieć się czegoś na temat owianej tajemnicą stolicy, Akatsuki.

Otóż to - wiadra łez. Spytana z zaskoczenia o pierwsze skojarzenie z osobą Laga Seeinga, zakrzyknęłabym niechybnie - "płaczliwy wymoczek". Doskonale rozumiem (a przynajmniej umiem sobie to zobrazować) traumę z powodu utraty matki oraz bycie pozostawionym na pastwę okrutnego losu w tak młodym wieku, niemniej jednak, Lag przechodzi sam siebie. Absolutnie każdy epizod koniecznie musi zostać zwieńczony uroczystym szlochem, niezależnie od błahości jego podstaw. To naiwny, narwany oraz roztrojony emocjonalnie dzieciak, nieustannie wykrzykujący prawidła na temat siły Miłości i Przyjaźni. Wspominałam już, że ryczy w każdym odcinku? Tak sądziłam. Na całe szczęście, stanowi bardzo niechlubny wyjątek w gronie, jakby na to nie patrzeć, wyjątkowo sympatycznych bohaterów. Za swojego dingo (chowańca) posiada Niche, blondwłosą dziewczynkę o niewiadomym pochodzeniu, wyjątkowo nieprzewidywalną i nieokrzesaną. Gauche Suede szybko zostaje odstawiony na drugi plan (wszakże "zaginął"), poznajemy za to jego młodszą siostrę, niepełnosprawną Sylvette, mniej-więcej w wieku protagonisty. Pomimo niesprawnych nóg i braku rodziny, radzi sobie w życiu o niebo lepiej, niż Lag, to niewątpliwie silna, stanowcza, pracowita, ale i uprzejma dziewczyna. Connor Kluff i Zazie Winters są jednymi z pierwszych pszczółek, które poznajemy. O ile Connor jest raczej ciepłą, acz uroczą kluchą (w sumie dosłownie kluską), Zaziego określiłabym jako męską, nieco bardziej sarkastyczną wersję tsundere. Szczególne uznanie należy się jednak twórcom za kreację dwóch innych postaci. Dr. Thunderland, szalony patolog, na szczęście okazuje się relatywnie znaczącą postacią, dzięki czemu poświęcone zostaje mu kilka epizodów, natomiast mój zdecydowany faworyt, Jiggy Pepper, pojawia się niestety zaledwie w nielicznych scenach. Za to gdy już dostępuje tego zaszczytu  - zbiera całą uwagę widza. Cichy, opanowany, rzucający przeciągłe spojrzenia spod niebieskiej czapki. Klimat akompaniujący jego krótkim udziałom na ekranie, zazwyczaj widzianego na swoim shindanjuu, motorze, został wykreowany iście mistrzowsko, co pozostawia postać Jiggiego owianą tajemnicą do samego końca. Ma to swoje wady i zalety - prawdopodobnie czyha za nim Mhroczna Przeszłość, co zdecydowanie dużo odbiera nawet najbardziej charyzmatycznej postaci, toteż nie zdołano go zepsuć, jednak z drugiej strony, nie wiemy o nim niemal nic. Po raz kolejny uwydatnia się główna bolączka Tegami Bachi, czyli zaprzepaszczanie ogromnego potencjału, tym razem, tkwiącego w bohaterach. Pomimo tylu ciekawych postaci, protagonistą musi być akurat Lag, to właśnie on dostaje 90% czasu ekranowego i z jego perspektywy patrzymy na wydarzenia.

Do Tegami Bachi zachęciła mnie jedna rzecz i nie był nią opis świata przedstawiona, a śliczne projekty postaci oraz przepiękna kolorystyka. Spowite wiecznym mrokiem krajobrazy zostały utrzymane w chłodnych odcieniach fioletu i niebieskiego, nieco postoapokaliptycznie wyglądający świat bywa niczym z obrazka, poszczególne kadry, szczególnie z widokiem na miasto, spadającym śniegiem czy sztucznym słońcem, są po prostu magiczne, co nadaje serii niepowtarzalnej atmosfery. Niestety, te wspaniałe doznania wizualne rujnują Gaichuu, całościowo wykonane za pomocą CGI. Klasę samą w sobie stanowi za to soundtrack. Nie jest wybitnie rozbudowany, składa się zaledwie z dwudziestu kilku utworów, jednak to w zupełności wystarcza. Inspirowane średniowieczną muzyką utwory chóralne (Canon of Amber Around), skrzypcowe (Boushitsu), fletowe (Tears of Silver, Town of Kyrie), a nawet gitarowe (Tsuioku no Aria), z dodatkiem bębnów, harfy czy dzwoneczków, absolutnie zachwycają. Większa różnorodność byłaby tu wręcz zbędna, skromny, spójny soundtrack, sprawdza się znakomicie. W pewnym sensie, wypadałoby pogratulować niezastąpionej Miyuki Sawashiro w roli Laga; jej głos jeszcze nigdy nie działał mi tak na nerwy, czyli chyba dobrze oddała jego postać. Cała obsada robi zresztą wrażenie - wspomniana już Sawashiro, Jun Fukuyama (Gauche Suede), Nana Mizuki (Sylvette Suede), Aya Hisakawa (Anne Seeing, matka Laga), Chiwa Saito (Sonya Marumera), Ami Koshimizu (Aria Link, znajoma Gauche), Ayumi Fujimura (Niche), Yuu Kobayashi (Elena Blanc) czy Tomokazu Sugita (Moss). Bezsprzecznie najbardziej do gustu przypadła mi druga czołówka serii Reverse (śpiewana przez fantastycznego Shikao Sugę), ale wszystkie cztery openingi oraz endingi wypadły naprawdę przyzwoicie.

Czy warto więc? Niewątpliwie. Niegeneryczna opowieść fantasy, okraszona cudowną muzyką, zdecydowanie zasługuje na uwagę. Nie jest to może seans niemalże pozbawiony wad, za to na pewno stanowiący przyjemną rozrywkę. Pomimo wielu niedociągnięć, do ekranu przykuwają sympatyczni bohaterowie, wszechobecny, acz nienachalny optymizm, czy chociażby wspomniany już soundtrack i śliczna kolorystyka. No i naturalnie, Jiggy Pepper.

Bohaterowie - 7/10
Fabuła - 5/10
Grafika - 8/10
Muzyka - 9/10
Całokształt - 7/10

1 komentarz:

  1. Mam w planach obejrzeć, więc nie chcę czytać opisu żeby sobie nie spoilerować (wolę odkrywać o czym będzie anime już podczas oglądania ;P), ale z podsumowania widzę, że warto się w końcu za ten tytuł wziąć ^_^

    OdpowiedzUsuń