czwartek, 2 kwietnia 2015

Podsumowanie sezonu zimowego 2015.

Akatsuki no Yona - Akatsuki no Yona była jedną z najlepiej zapowiadających się serii ubiegłego sezonu. a na pewno stanowiła jeden z moich subiektywnych ulubieńców. Wychwalałam ją już podczas podsumowania jesieni; niewiele się do tego czasu zmieniło. Yona dalej przechodzi ogromny chara development, pacing utrzymuje się dość wolny, spada za to jakość grafiki. Fajerwerków nie było już na początku, jednak coraz częstsze stały się zdeformowane twarze i niestarannie narysowany tłum, pomieszczenia straszyły pustkami. Nawet prześlicznego soundtracku używano w znacznie mniejszej ilości, nieustannie zastępując go po prostu pierwszym openingiem. Cóż, pewne rzeczy pozostały na szczęście niezmienne. To wciąż bardzo solidna pozycja z interesującą linią fabularną oraz gronem przesympatycznych postaci, wprowadzanych w różnych okolicznościach. Anime stanowi iście doskonałą adaptację mangowego pierwowzoru - to trzeba mu przyznać. Jednocześnie nie da się też przeoczyć dosłownego urwania fabuły, nawet pomimo podążania za mangą. Ot, twórcy pominęli komediowy chapter, pospieszyli do spotkania wszystkich smoków z mnichem i klasyczne zakończenie "but our journey will continue". Enjoyment pozostaje, mnóstwo fantastycznych momentów nie idzie w zapomnienie, ale dodatkowe trzynaście odcinków, dosłownie jeden cour, prawdopodobnie podniósłby moją ocenę o jedno oczko.
Nowy opening wygląda niemal dokładnie tak, jak stary opening… a brzmi
nieopisanie gorzej.
Naprawdę śliczna kolorystyka
…kontrastuje z quality.
Hiyowy rating: 7/10

Ansatsu Kyoushitsu - po zaledwie dwudziestoparominutowej ovce (wyjątkowo nieudanej, notabene), jedna z najbardziej znanych obecnie mang, otrzymała wreszcie animowaną adaptację. Znając pierwowzór, nie miałam wątpliwości co do rozpoczęcia seansu, jednak Ansatsu łatwo wziąć za superpoważny, szkolny survival, pokroju Akumy no Riddle. Nic z tych rzeczy, oczywiście. Seria jest zaskakująco wręcz lekkoduszna, a gagi, w znacznej części, naprawdę udane. Póki co, enjoyment z seansu jest naprawdę spory. Obawiam się jednak zakończenia - jak w powyższym przypadku, kolorowanka jest wciąż wydawana, toteż nawet zapowiedziane dwadzieścia dwa odcinki mogą nie wystarczyć. Zobaczymy.
Do tego openingu nie da się nie tańczyć wraz z wirującym Koro-senseiem
i tymi autystycznymi dziećmi.


Aldnoah.Zero 2 - "Though the Urobutcher falls, let Aldnoah be done", zarządził jakiś sadysta z A-1 Pictures. I tak oto narodził się drugi sezon Aldony. Co tym razem? Magiczne oko Nao-kuna, księżniczki z amnezjami, heroiczne pościgi w cosplayu ze Star Wars, walki mechów latających w przestworzach na hehe śmierć i życie, mordowanie przybranych ojców, przywdziewanie nowych mundurów przez nowych dowódców, a ta cała bezsensowna wojna trwa w najlepsze, niemal zupełnie wpadając w ręce obrażonych nastolatków, ryzykujących życiami wielu podwładnych z własnych pobudek. To wszystko dalej reklamowane nazwiskiem Urobutchera, który pewnie nawet ręki nie przyłożył do tak optymistycznego i pacyfistycznego finału, będącego tylko przegniłą wisienką na torcie ze słabych jakościowo składników, acz polanym drogim lukrem. Tak, oprawa jest niezwykle efektowna. Animacja robi wrażenie, soundtrack nieco mniej, aczkolwiek pompatyczne kawałki nadają scenom walki chociaż nutki bycia interesującymi, co jest bodaj jedynym elementem, mającym szansę przykuć uwagę do całej serii. Pozostaje się tylko cieszyć, że to już koniec.
Szczyt tupetu.
Odpowiedź jest zawsze jedna - Magiczne Oko Nao-kuna.
Oh god what a plottwist
Hiyowy rating: 2/10


Binan Koukou Chikyuu Bouei-bu Love! - ile to bajek w których kolorowe dziewczynki w kusych sukienkach ratują świat, a raczej pozbywają się równie infantylnych tudzież niegroźnie wyglądających wrogów, czemu towarzyszy wysoce przesłodzona atmosfera, macie już za sobą? A ile możecie wymienić tytułów, w których główne role grają… chłopcy? Tak, oto pełnoprawna satyra wyszydzająca niemal każdy schemat mahou shoujo, jaki ciaponia kiedykolwiek nam zaprezentowała. Mamy słodkie zwierzątka w roli wielkich mastermindów, niepraktyczne wdzianka, w które bohaterowie przyoblekają się podczas kiczowatych przemian, z mnóstwem sparkli i serduszek, cukierkowate nazwy ataków, niepoważne problemy. Pojawia się naturalnie wroga organizacja i choć jej członkowie z początku są szczerze Źli, naturalnie, fabuła odkrywa ich delikatne strony, ściśle związane z Traumatyczną Przeszłością™. Wraz z kolejnymi walkami (czy wspominałam, że nasi bohaterowie nazywają się Battle Lovers i walczą w imię Miłości?), chłopcy prezentują przesadzone level upy, oczywiście, w akompaniamencie śmiesznych nazw i udziwnionych uniformów, co punkt kulminacyjny ma w finale, ale to musicie zobaczyć sami. Wspomniałam, że głównym antagonistą jest zielony jeżyk? Nie ma za co.

Kimi no fall in love, fall in love...
Opening jest Bouei-bu/10. Jeśli dalej macie jakieś wątpliwości, po prostu go zobaczycie. Ogromny enjoyment, fantastyczny humor.

Heh, nawet kompletnie randomowy kadr wygląda o niebo lepiej,
 niż cały Tokijski Gul Pierwiastek z A.
A oto wspomniany już główny antagonista.
Hiyowy rating: 11/10 8/10

Death Parade - Death Billiards, produkcja z Anime Mirai 2013, wzbudziła po swojej premierze niemałe emocje. Krótka ovka stworzona przez młodego animatora była piekielnie interesująca, ale pozostawiła ogromny niedosyt, wszakże omówienie świata przedstawionego w tych dwudziestu paru minutach było niemożliwe. Rozwarły się jednak niebiosa, rozległ się z nich głos anielski  Niecałe dwa lata później, zapowiedziano produkcję serii telewizyjnej. Pierwszy odcinek przywoływał klimat z prequelu, ale z jednego na następny, robiło się coraz lepiej. Bajka nie daje żadnych powodów do potencjalnych zarzutów; nie każdy epizod skupia się wyłącznie na nowej parze, poznajemy bowiem załogę Quindecim oraz rezydentów innych pięter. Rozwiązania nigdy nie okazywały się przewidywalne, często zmuszały do rozmyśleń o moralności czy też słuszności w decyzjach odnośnie losu nieszczęśników podejmowanych przez barmanów. Madhouse wybitnym studiem jest, w to nigdy nie wątpiłam. Death Parade to kolejna, solidna pozycja spod ich szyldu. Zarówno pod względem chara developmentu, reżyserii odcinków, elementów zaskoczenia, jak i oczywiście, strony audiowizualnej, serii ciężko cokolwiek zarzucić. Prześliczne projekty postaci idealnie komponują się z ciemną, stonowaną kolorystyką, tła cieszą oko bogactwem detali (co ciekawe, pomimo umiejscowienia znacznej części akcji w jednym pomieszczeniu, animatorzy zadbali, aby przedstawić je z wielu kątów), a i animacja wypada bardzo przyzwoicie. Kawał porządnej rozrywki. Fantastic job, Madhouse.

Opening dekady.
See my point? Bohaterowie Death Parade mają nawet wybór odzienia!
iiiiii ending sezonu.
Hiyowy rating: 9/10

Durarara!! Shou - oh hell fucking yeah. Po latach, może nie tak długich, ale jednak, a więc po latach życia w declinie, wyemitowano pierwszy odcinek drugiego sezonu serii z nalepką "s2 newah". Na początku była niezdrowa ekscytacja, następnie lekkie przerażenie; za kontynuację zabrało się bowiem nowe studio (suprise suprise, Brains;Base cannot into sequels) i to kompletna nowociota na rynku. Uspakajała chyba jedynie obietnica zatrzymania starej ekipy seiyuu, dźwiękowców, kompozytora oraz scenarzysty, ale to też tylko tak nieznacznie. I nadszedł TEN dzień. Pierwsze wrażenie? Brzydką grafikę zamieniono na jeszcze brzydszą. No, but seriously. Proporcje ciał są koszmarne, slow motion w animacji wręcz zabija, bohaterowie nawet na pierwszym planie wyglądają niczym ofiary talidomidu, ich twarze bywają kompletnie zdeformowane, już kompletnie pomijając ogromną zmianę w wyglądzie Izayi. Durarara!! Shou to jeden z bardzo rzadkich przypadków, którym jestem w stanie wybaczyć tragiczną stronę wizualną. Po pierwsze, nadrabia soundtrackiem. Ścieżka dźwiękowa jest ostra, zaskakująca, nietypowa i piekielnie dobrze kreuje atmosferę do wydarzeń na ekranie. Bo co to są za wydarzenia! DRRR wraca z pełną mocą; więcej osobliwości, więcej szalonych wydarzeń i jeszcze trochę postaci. Wprowadzono całe grono zupełnie nowych, ale na szczególne wspomnienie niezaprzeczalnie zasługują siostry Orihara oraz daleki kuzyn Kanbaru Aoba Kuronuma. Fanom serii polecać nie muszę, osoby niezaznajomione chyba nie istnieją. Pozostaje nam tylko razem porozpaczać nad tym paskudnym cliffhangerem z ostatniego epizodu i wytrwać do lata w oczekiwaniu na kontynuację.

PS Screen przy nagłówku jest takich rozmiarów z dobrego powodu. Nie dziękujcie, nie chcielibyście tego widzieć w pełnej rozdzielczości.

Jeden z bardzo, bardzo wielu przykładów QUALITY.
OTP 5ever.
I na koniec dowód na to, że Shuka umie w naprawdę przyzwoite kadry.
Hiyowy rating: 8/10
Jojo's Bizarre Adventure: Stardust Crusaders 2 - Crusadersi powracają. Pierwszy cour drugiego sezonu obfituje w nieco bardziej komediowe sceny, coraz potężniejszych użytkowników Standów i… cenzurę. Wszyscy wiemy, że Jojo jest absolutnie genialne. Biorąc pod uwagę ilość zbliżającej się śmierci, nieco obawiam się ogromu cenzury, skoro nawet papieros w ustach zostaje zasłonięty wyjątkowo dyskretną, ciemną plamą. Toż to nie Terra Formars, na świętego Dio, Stone Ocean, wciąż wydawane w Jumpie, rozpoczyna się sceną masturbacji, a w SBR - główny bohater Biblii, ten sam, któremu w pewnym momencie umiera się na krzyżu, nakazuje kalece strzelić sobie w czaszkę, gdyż, cóż, jest kaleką. Skąd ta konserwatywność w bajce? Nevertheless, oglądamy dalej.
Po kilku przesłuchaniach, nowy opening jednak jest bardzo ok.
Przykład wybitnie zastosowanej cenzury.

Junketsu no Maria - …a skoro mowa o bajkach wątpliwie poprawnych politycznie. Średniowieczna Europa to setting, który nigdy nie wychodzi naszym drogim Japończykom jakoś wybitnie dobrze. Tym razem, lądujemy z młodą wiedźmą w bogobojnej, francuskiej wiosce. Celem Marii jest powstrzymanie wszelakich wojen. Trzeba jej przyznać, szlachetny cel. Niestety, sam Archanioł Michał nie podziela jej pacyfistycznych poglądów, wręcz przeciwnie, wraz z Bogiem postanawiają przywrócić "naturalną" selekcję stabilizującą się podczas bitew. Brzmi kontrowersyjnie? Dalej robi się jeszcze lepiej. Seria otwarcie wyśmiewa Kościół, wytykając korupcję oraz swoiste pranie mózgu jego wyznawców, a nawet hipokryzję w postaci homoseksualizmu wśród mnichów. Junketsu no Maria nie tylko zapewnia ogromną rozrywkę, jest także bardzo porządne technicznie, z czego na szczególną pochwałę zasługuje soundtrack. Doskonale odzwierciedlone średniowieczne realia oraz mocno antykatolicki wydźwięk - job done well.

Seria nie przesadza z nagością czy dwuznacznymi liniami... 
…praktycznie w ogóle się nie pojawiają.
Hiyowy rating: 7/10

Kamisama Hajimemashita 2 - jesień 2012, sezon świetnych serii, a wśród nich istna perełka shoujowego romansu, Kamisama Hajimemashita. Ciepła, urocza i zabawna, kwintesencja shoujo w najlepszym wydaniu. I oto jest, długo oczekiwany, wybłagany wręcz, sezon drugi. Akcja, jeśli akcją można w ogóle nazwać niemal beztroskie życie Nanami, rusza od momentu w którym pozostawiła ją druga ovka, będąca swoistym teaserem dla nowej serii. Przez cały sezon, dowiemy się co słychać u Himemiko, Otohiko, poznamy nieco przeszłości Nanami oraz Kuramy, któremu poświęcona zostaje znaczna część czasu ekranowego. Nawet relacja pomiędzy protagonistką a Tomoe rusza nieco z miejsca w kilku niezwykle urzekających scenach. Wiem, że głosy są w tej sprawie mocno podzielone, ale osobiście jestem wręcz zakochana w nowym openingu, a szczególnie pierwszych kilku nutach. Idealny następca słodziutkiej czołówki z serii pierwszej, tak jak drugi sezon stanowi perfekcyjną kontynuację. Płomyczek nadziei dla mojego ukochanego gatunku i pozycja ze wszech miar godna uwagi sama w sobie. A my wciąż czekamy na jeszcze więcej.

Tomoe nieco mniej tsunderuje...
Za to pojawia się kolejny tsundere-adorator. 
Don't 4 her.
Hiyowy rating: 7/10


Kantai Collection - po kilku sezonach przekładania, istna kopalnia waifu, przeglądarkowa karcianka KanColle, otrzymała ekranizację. I warto było czekać? Nie. Choć niczego innego się w sumie nie spodziewałam, bajka jest fapmateriałem dla military geeków i ma szansę zostać chociaż w minimalny sposób zrozumiała przez osoby znające pierwowzór. Nijak nie jestem w stanie ogarnąć kilkudziesięciu dziewczynek, z czego połowa nie wyróżnia się absolutnie niczym, za to na protagonistkę obrano bodaj najbardziej przeźroczystą. Szczerze powiedziawszy, nie do końca pamiętam znacznej części seansu. No cóż.
Strumień wody cnoty, tego to jeszcze nie było.
Czego by tej serii nie zarzucać, wizualnie prezentowała się bardzo przyzwoicie.
Mundurek magicznie podarty wszędzie, prócz miejsc witalnych.
Hiyowy rating: 4/10


Koufuku Graffiti - od Mekaku City, Koufuku jest pierwszą bajką od SHATTu, niebędącą w żaden sposób powiązaną z uniwersum Monogatari. Talk about the raise of standard! Koufuku Graffiti chyba udowadnia, że SHAFTowi o wiele wygodniej w adaptacjach, a rezultaty są o wiele lepsze z minimalną integracją w oryginał. Ograniczono head tilty, zamieranie w dziwnych pozach, a przy tym dalej czuć shaftowość, za którą tak uwielbiam to studio. I tak oto powstały wyjątkowo przyjemne i lekkie okruchy życia, z lekkim, shaftowym twistem. Ciężko cokolwiek powiedzieć bez odbierania przyjemności z samodzielnego odkrywania specyficzności tej serii. Polecam zobaczyć pierwszy odcinek, który idealnie oddaje jej klimat i samemu zdecydować nad kontynuowaniem seansu. Osobiście, jestem relatywnie ukontentowana.
Hiyowy rating: 6/10

Kuroko no Basuke 3 - niekiedy dobre tytuły nigdy nie dostają kontynuacji. Niekiedy natomiast je dostają, choć nigdy nie powinny. Kurobasu było naprawdę uroczą, sympatyczną bajką, może i przewidywalną, ale naprawdę przyjemną w odbiorze. Niestety, od kolaboracji z Dragon Ballem w drugim sezonie, stało się raczej śmieszne, niźli zabawne. Seria trzecia jest po prostu identyczna. Identycznie brzmiący opening, identyczne miny bohaterów w reakcji na kolejne, idiotyczne posunięcia przeciwników, identyczny poziom animacji. Póki co, poważnie rozważam dropnięcie, czego nie robię niemal nigdy.
Kuroko jako dziecko w endingu zalał internety w szybszym tempie, niż opening
Death Parade. Nie rozumiem fenomenu, seriously.

Kiseijuu: Sei no Kakuritsu - zaraz po generycznych haremach i nudnych shounenach, edgy bajki są bodaj największą zarazą wśród dzisiejszych, chińskich bajek. Posoka zalewająca ekran stała się swoistym fanserwisem, a nieodzywający się bohaterowie, rzucający jedynie spojrzenia tak krawędziowe, iż seans groził zacięciami na twarzy - najbardziej pożądanym typem protagonisty. Może dlatego, że tym razem mamy do czynienia z adaptacją mangi z lat 90, a może po prostu się da - pomimo zupełnie nieskomplikowanej fabuły oraz przynależności do gatunku "horror" (bądźmy szczerzy, bajka nie może być straszna), Kiseijuu faktycznie jest serią godną uwagi. Powolna i anonimowa zagłada Ziemi przez dużo bardziej niebezpieczny od człowieka gatunek - temat przerabiany więcej razy od ilości komórek mózgowych przeciętnego fana Naruto. A więc co konkretnie Parasyte robi lepiej? Przede wszystkim, ma solidny skład doskonale wykreowanych bohaterów, z protagonistą na czele, co prowadzi do kolejnego punktu. Shinchi swoje informacje na temat parasyte'ów ma z pierwszej hehe ręki. To pozwala widzowi zrozumieć obydwie strony konfliktu, a Migiemu i Shinichiemu - siebie nawzajem. Chara delopment jest ogromny, ale jednocześnie niewymuszony. Coraz to kolejne wydarzenia mają widoczny wpływ na percepcję świata głównej dwójki, ponadto uczą się na własnych błędach. Jak to często jednak bywa, sama animacja, z bardzo dobrej często przechodzi w mocno przeciętną, a ostatnie odcinki zafundowały sporo zdeformowanych twarzy czy dłoni i to na pierwszym planie. Sceny walki wypadają lepiej lub gorzej; kilka wyjątkowo efektownych zbalansowano paroma przeciętnymi, jeśli nie wręcz nudnymi. Co do soundtracku… Cóż, na pewno nie można stwierdzić, że niczym się nie wyróżnia. Tylko chyba jednak lepiej by było, gdyby nie wyróżniał się w ten sposób. Jedno słowo - dubstep. Grono fanów tego rodzaju jazgotu muzyki jest dość ograniczone, toteż obieranie go za punkt zawieszenia w tworzeniu OST do bajki uznałabym za odważne podejście. Na całe szczęście, nie na dubstepie to wszystko się kończy. Są melodie chóralne, fortepianowe, gitarowe, no i ten prześliczny ending. Ponadto w dwóch odcinkach pojawił się przepiękny nokturn Chopina (konkretnie op. 9 no. 2) w trakcie wyjątkowo emocjonalnych scen. Long story short - świetna seria z nieco pospieszonym zakończeniem. Tak czy siak, naprawdę warto.

Moralność to jedno z głównych zagadnień, nad jakimi rozpatruje seria.
Strona wizualna nie zrzuca z siedzenia, ale widać ogromną staranność
oraz dbałość o najmniejsze detale, pozostawiając całość bardzo schludną.
Hiyowy rating: 8/10


Rolling Girls - …i kolejny dowód, że zmarnowany potencjał boli bardziej, niż jego kompletny brak. Słodkie, kolorowe szaleństwo, świat podzielony na wrogie nacje, grono słodkich bohaterek z charakterkiem, wizualne fajerwerki, to nie ma prawa się nie udać. Z naprawdę przyjemnej w odbiorze, serii zdarza się być kompletnie chaotyczną; pomysły są, ale niezorganizowane i w zdecydowanie zbyt dużej ilości. Śliczna, oryginalna grafika, szalone walki, dość prosty zamysł fabularny, to by w zupełności wystarczyło. Paradoksalnie, zmiana formatu na mniej epizodyczny, nie podziałała dobrze. Opinie są podzielone, mnie zdecydowanie bardziej przypadł do gustu początek z przytupem w parku rozrywki. Plus za bardzo chwytliwy opening. Energiczny przeciętniak, można obejrzeć, ale w tym samym sezonie pojawiły się o niebo ciekawsze pozycje.
Hiyowy rating: 5/10


Saenai Heroine no Sodatekata - grupka urodziwych dziewcząt kąpie się w gorących źródłach, rzucając tekstami na temat swoich biustów. Gdzieś w tle plącze się protagonista, naturalnie, władca haremu. Brzmi trochę jak Love Hina czy inna, schematyczna haremówka? Tym przyjemniejsze zaskoczenie, gdy rozpoczyna się autentycznie zabawny odcinek prologowy. A im dalej, tym lepiej. No, do czasu. Ale o tym za chwilę. Saekano opowiada historię z życia zapalonego fana symulatorów randkowych. A teraz brzmi jak KamiNomi. Znowu pudło, chociaż tym razem przynajmniej zapowiada się dobrze. W każdym razie, rozgarnięty protagonista to zawsze dobry start. Otóż pewnego dnia, wśród spadających płatków wiśni, napotyka wzrok dziewczyny jego marzeń… jako idealna bohaterka eroge. I tak oto zaczyna zbierać harem ekipę do stworzenia takowej, bo przecież czemu nie. Czystym przypadkiem, wszystkie kandydatki, wraz z Megumi (powyższa wiśniowa nimfa w różowym bereciku) uczęszczają do jego szkoły. Cóż, scenariusze zawsze lubiły upraszczać życie w takich sprawach. Typowa tsundere, Eriri, w szkolnym mundurku jest wzorową uczennicą, jednak zaraz po powrocie do domu, zmienia go na dres i zaczyna rysować hentajowe doujinshi. Małomówna Utaha pisze scenariusze oraz… Tak, jest jeszcze Megumi, właściwie najciekawsza z trzech pierwszych bohaterek. Niby wiecznie uśmiechnięta, zdaje się pomagać głównemu bohaterowi z czystego znudzenia oraz ciekawości. Na czym zatem polega wyjątkowość tej serii? Humor. Każda z postaci umie rzucić ciętą ripostą, a ich charaktery parodiują oklepane archetypy. Tylko że poziom tego humoru to taka sinusoida. Czasem sama nie byłam pewna, czy mieliśmy do czynienia z typowo tsunderowatą, irytującą reakcją, czy powinnam się jednak śmiać, co spotęgowało pojawienie się ostatniej z dziewczyn, kuzynki (z charakterem a'la imouto z wieczną chęcią przeprowadzenia inicjacji seksualnej na swoim oniichanie). Long story short, dobra komedia, czasem konfundująca swoim użyciem żartów - warte uwagi.
And some quality because we all love quality screen shots.
Hiyowy rating: 6/10


Shigatsu no Kimi no Uso - stworzenie relatywnie realistycznego romansu, do którego za parę protagonistów uznaje się dwójkę czternastolatków, wydaje się szalonym przedsięwzięciem. Bohaterowie Shigatsu, jak na swój wiek, zachowują się często nazbyt wręcz dorośle, a ich podniosłe kwestie zdarzają się być niemal śmieszne w swojej powadze. Szczególnie piję tu oczywiście do Arimy; Tsubaki i Watari, jego przyjaciele z dzieciństwa, faktycznie są po prostu bardzo młodymi ludźmi, natomiast i Kaori zdarza się rzucić tekstem pasującym raczej do czterdziestolatki, niźli do czternastolatki. Trzeba wziąć jednak pod uwagę, jak wielkie traumy czy brzemiona jakie ciążą na ich, jakby na to nie patrzeć, dziecięcych barkach. Tak, druga połowa Shigatsu polana zostaje znacznie bardziej dramatycznym sosem. Choroba Kaori postępuje, Kousei zaczyna próbować pogodzić się z wydarzeniami z dzieciństwa oraz ruszyć do przodu, a Tsubaki powoli zdaje sobie sprawę z własnych uczuć. I tutaj twórcy pokusili się o przepiękny zabieg; uczucia bohaterów zostają przelane na widza w formie użytej muzyki. Perfekcyjnie dobrano pojedyncze utwory, aby jak najlepiej zobrazować co działo się obecnie w ich głowach, co było szczególnie użyteczne w przypadku postaci drugoplanowych, które nie dostały zbyt wiele czasu ekranowego. Na szczególne uznanie zasługuje występ Emi, podczas którego uraczono nas wyjątkową interpretacją szopenowskiego Winter Wind i oczywiście, zapierający dech w piersi eksperyment na balladzie (również szopenowskiej, notabene) z ostatniego odcinka, który podniósł moją ocenę serii o jedno oczko. Owszem, był na tyle spektakularny i tak doskonale dobrany. I gdyby na tym cudownym występie Kouseia seria się zakończyła, wszakże sam w sobie był na tyle wymowny, by stanowić finał z ogromną klasą, wystawiłabym nawet dziewięć. Niestety, przeskok o kilka miesięcy i beztroskie żarty bohaterów jeszcze niedawno pogrążonych w żałobie, pozostawiają niesmak. Widz ledwo otarł łezkę wzruszenia, najchętniej pogrążyłby się w rozmyśleniach na temat serii, a tu tsunderowate krzyki Tsubaki. Jestem wierna swojemu dość uzasadnionemu zachwytowi z początku i muszę ostrzec, z pobudek osobistych, ocena jest prawdopodobnie zawyżona. Niemniej jednak, zachęcam do seansu. To nie Nodame Cantabile ani Sakamichi no Apollon - bardziej ukontentowani powinni być raczej fani Toradory, Sakurasou no Pet na Kanojo tudzież AnoHany.

Zapomniałabym wspomnieć - tak płynnie zanimowanej gry na fortepianie
to w żadnej bajce jeszcze nie widziałam.
Hiyowy rating: 7/10


Shounen Hollywood: Holly Stage for 50 - są bajki, które pojawiają się w każdym sezonie. Ten typ, który ogląda mała garstka ludzi, bo niby nie jest to dno absolutne, ale daleko od niego też się nie odbijają. Ot, dryfują sobie w morzu całej reszty, kompletnie niczym się nie wyróżniając. Latem ubiegłego roku, sięgnęłam po jedną z nich - nawet już nie pamiętam, co mnie motywowało. Obejrzałam, przetrawiłam, zapomniałam. I tak naprawdę jedyne, czym zostałam zaskoczona, to faktem, iż Shounen Hollywood dostało drugi sezon. Co przyniósł? Ściskanie dłoni fanek, więcej rozmów z sową, kilka prób do występów i… A co mi tam, pewnie i tak żadne z was nie ogląda. Spoiler alert, po dwudziestu paru odcinkach, chłopaki nareszcie odbyły swój pierwszy występ! Hura! Co tu więcej dodać. Każdy z bohaterów dalej ma identyczną twarz, wciąż ruszają się równie niemrawo, mówią z taką samą energią życiową przeciętnego kalafiora, śpiewają podobnie szkaradnie… Sennogenne.

Nie. My po prostu nie braliśmy tego świństwa.
Cotygodniowe lekcje wiosłowania handjobów trekkingu orania pola tańca.
To połączenie sailor fuku z kitlami i tradycyjnymi marynarkami przekracza
moje pojęcie abstrakcji.
Hiyowy rating: 3/10

Tokyo Ghoul √A - talk about an edge. Pewne serie rozpoczynają się z pazurem.  Pewne z przytupem, Pewne z krawędzią. No bywa. Pół roku po premierze sezonu pierwszego, Tokyo Ghoul otrzymał kontynuację. W tym wypadku, już jej nazwa była hintem. Nazywając odpowiednio obydwie serie A i B, drugi sezon jest dokładnie pierwiastkiem ze swojego poprzednika. Pierwiastek jakości grafiki, pierwiastek z ilości hehe sensownej fabuły, pierwiastek z liczby bohaterów i tak dalej. Pomińmy oczywiste; kto z nas nie wie, dlaczego ta bajka była gównem. Ciężko mi nawet w sumie wyjaśnić, jak nudne oraz głupie były odcinki, przynajmniej, 1-9. Powodem, dla którego nawet niespecjalnie pamiętam, co się w nich działo, jest kunszt animacji. Trzydzieści sekund jednej klatki, pokazanej w coraz to dalszym kadrze. Kaneki idący przez niemal minutę, podczas gdy jedynym urozmaiceniem jest grzywka powiewająca raz na lewo i raz na prawo. Za to w ostatnim odcinku, postacie poruszały się niczym wrestlerzy w kisielu. Żadne słowa nie są w stanie opisać brzydoty tej animacji. Trudno oddać zażenowanie bezgraniczną głupotą oraz naiwnością Touki, Hinami czy nawet kierownika. Bajka kompletnie rozjechała się z papierowym pierwowzorem, czego w sumie nie mogę uznać za zaletę ani wadę, gdyż krawędziowość sięgała zenitu w obydwu, przez co osobiście nie umiem wybrać "większego zła". Najlepszy był zdecydowanie finalny epizod; po dwudziestu pięciu odcinkach niewątpliwej męczarni, stanowiącej obrazę dla inteligencji widza, ci idioci imbecyle kretyni bohaterowie nareszcie poginęli. A więc dlaczego aż 3/10? Idea była wcale niezła. Konflikt gatunków z dużą ilością zagadnień moralnych - wykonalne. Patrz, Kiseijuu. No i soundtrack. Fantastyczne Unravel zostało zastąpione poniekąd jeszcze lepszym, acz nawet bardziej specyficznym, Muno. Jak w przypadku poprzedniego openingu, tekst idealnie oddaje uczucia bohaterów, a załączona animacja jest zwyczajnie prześliczna. Szkoda takiego cudeńka. Bez puenty.

Tsukiyama is back...
Some quality, just for you guys.
Tak, Touka. Dlaczego nalegaliście na tę kontynuację.
Hiyowy rating: 3/10


Yuri Kuma Arashi - Kunihiko Ikuhara niezaprzeczalnie genialnym twórcą bajek jest. Utena to absolutnie wybitne dzieło, Mawaru Penguindrum było prawdopodobnie najlepszą serią roku 2011, nawet Sailor Moon R powszechnie uznaje się za jedną z najbardziej udanych adaptacji mangi. Czy muszę wspominać, jak wysokie były, moje i nie tylko, oczekiwania względem Yuri Kumy? W odróżnieniu od wspomnianych już Uteny i Mawaru, pierwsze odcinki nie wprowadzały silnego tematu przewodniego (odpowiednio "rewolucja" własnego świata oraz przeznaczenie). Na myśl przychodziła mi w sumie jedynie opowiastka o tolerancji względem homoseksualistów (w rolach naturalnie urocze misiolesbijki). Były chaotyczne, w każdym pojawiała się identyczna scena z udziałem Sądu i niedwuznacznego oblizywania nektaru z białej lilii, bohaterki nieustannie krzyczały coś o miłości, wszyscy okazywali się misiami i tak dalej. Lubię surrealizm, lubię serie w całości metaforyczne, jednak istnieje pewna granica. Umiem w pełni zrozumieć zamysł Ikuniego; zrozumieć jedno, a czerpać przyjemność z seansu to drugie. Otóż zdawało się, iż Ikuhara postanowił stworzyć bajkę głębszą od Rowu Mariańskiego, którą tak naprawdę tylko on rozumiał. Innymi słowy, 3deep5me dla większości odbiorców. Historia zaczęła się nieco wyjaśniać mniej-więcej w połowie, zaraz po wprowadzeniu backstory Lulu. Bodaj najbardziej udanym zabiegiem było ukazanie całego zamysłu fabularnego poprzez książkę z obrazkami, czytaną widzowi przez Kurehę. Muszę przyznać, ciężko mi wytłumaczyć zalety Yuri Kumy bez napomknięcia chociaż, o czym właściwie jest, co technicznie powinnam zostawić własnej interpretacji, ale z drugiej strony, o niemal oczywistym wspomnieć chyba mogę. Otóż wtedy też wyklarował się przekaz Ikuniego - dyskryminacja jednostek w jakikolwiek sposób odróżniających się od tłumu, powszechna w Japonii. To stwarza serię podwójnie trudną w odbiorze dla zachodniego widza; w kulturze, gdy promowane jest przeciwieństwo, czyli podkreślanie własnego indywidualizmu, takie zachowanie nie miałoby miejsca. Naturalnie, Ikuhara wziął to o krok dalej, jak nietrudno zgadnąć, położył nacisk na prześladowanie homoseksualizmu. Tak oto ciągnęła się, jakby na to nie patrzeć, jednowątkowa historia. I spójrzmy teraz na Utenę czy Mawaru, do którego Yuri Kuma nawiązywała w absolutnie każdym odcinku (co, notabene, bywało mocno nadużywane) - obie serie zgrabnie przedstawiają całą masę problemów, dzięki czemu są w stanie trafić do szerszego grona odbiorców, ponadto robią to w sposób znacznie przystępniejszy. Tak jak Utena i Mawaru, Yuri Kuma mieszała elementy ekscentrycznej komedii i romansu z szokującymi, dramatycznymi momentami. Na tym polu faktycznie trudno coś jej zarzucić - plottwisty w istocie nimi są, seria gra na uczuciach widza. Słodko-gorzki zakończenie ładnie domyka historię, oferując iście szekspirowski finał. Wspomniana już książka obrazkowa pojawia się w kilku epizodach. Ilustracje są prześliczne, w całości wykonane akwarelami, a towarzyszy im cudowna, delikatna muzyka z chóralnymi akcentami, słusznie przywodząca na myśl soundtrack Mawaru Penguindrum, bo w wykonaniu tej samej kompozytorki. Ciekawostką są kawałki utworów Bacha cicho przygrywające scenie lub dwóm. OST idealnie dopełnia cukierkową, pastelową grafikę, pełną różanych detali oraz małych obrazków z charakterystycznymi dla Ikuniego podpowiedziami odnoście przebiegu serii. Konkluzja? Pomimo wstępu, polecam zobaczyć. To nie jest klasa Mawaru ani tym bardziej Uteny; rekomenduję raczej obejrzeć jako ciekawostkę i może dla małej refleksji.

Ilustracje z książki, jak widać, były po prostu przecudowne.
Now, let's play the game of finding every single rose in this room.
Surrealistyczne, nieco groteskowe karty w statycznych kadrach definitywnie
przywodzą na myśl Mawaru.
Hiyowy rating: 7/10

A na koniec, daty (przybliżone, ale dam z siebie wszystko!) zapowiedzianych już first impressions z wiosny:
-02.04 - Danna ga Nani 2 i Yahari 2
-03.04 - Kyoukai no Rinne i Shokugeki no Souma
-04.04 - Ameiro Cocoa, Arslan Senki 2, Kekkai Sensen, Uta no Prince-sama 3 i Fate Stay Night: Unlimited Blade Works 2015
-07.04 - Gintama 4 i Hibike!! Euphonium
-08.04 - Ore Monogatari!!
-09.04 - Nisekoi 2 i Punchline
-10.04 - Sidonia no Kishi 2
-11.04 - Yamada-kun to 7-nin no Majo

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz