poniedziałek, 31 lipca 2017

Dlaczego przestałam oglądać anime.

W każdej dziedzinie życia jest chyba tak samo; wszystko "kiedyś" było lepsze. Nieoczywistym jest wszakże, że takie generalizowanie jest śmieszne. Chyba nikomu nie było lepiej gdy jedzenie było przyrządzane wyłącznie na ogniu, a ludzie gołymi rękoma obdzierali upolowane przez siebie zwierzęta ze skóry. Niewiele osób tęskni również za czasami zaborów wojennych. Osobiście preferuję myślenie przyszłościowe i niezatapianie się w starych czasach, a raczej optymistyczne spoglądanie w przyszłość. Było dobrze, ale to nie znaczy, że teraz może być tylko gorzej. Tylko czy to samo mogę powiedzieć o moich drogich japońskich kreskówkach?

Zima 2017

Swój pierwszy szok przeżyłam już zimą. Z trzydziestu sześciu nowo wydawanych serii, zainteresowana byłam bowiem zaledwie sześcioma, z czego połowę stanowiły kontynuacje. Zostałam więc z zaledwie trzema nowymi tytułami. Kobayashi-san no Maidragon wyłączyłam po kilku minutach. Tytuł co prawda obrósł w liczne memy, jednak po recenzjach przeczytanych po zakończeniu emisji utwierdziłam się tylko w przekonaniu co do słuszności swojej decyzji. Podobny los spotkał Urara Meirochou. Masamune-kun no Revenge brzmiało żałośnie już z tytułu, z Gintamą i tak jestem już bardzo do tyłu.

Zaintrygowało mnie natomiast Kuzu no Honkai. Oto dostaliśmy niemożliwe - uczniów szkoły średniej podchodzących do relacji fizycznych z równieśnikami w sposób, w jaki zachowaliby się (prawie) normalni ludzie. O ile zwyczajowe zachowania w takich typu seriach można tłumaczyć różnicami kulturowymi pomiędzy zachodem, a Japonią, ciężko uwierzyć, że tamtejsi nastolatkowie płoną w rumieńcach na samą myśl o złapaniu ukochanej osoby za rękę, co tu mówić o pikantniejszych sprawach, jak pocałunkach w policzek lub zwracaniu się do nich po imieniu (!). Mugi i Hanabi, choć zakochani w innych osobach, przejawiali typową dla młodych ludzi w ich wieku ciekawość ciała płci przeciwnej oraz zrozumiałą dla samotnych nastolatków potrzebę fizycznej bliskości. Niestety, jak to z większością nieźle zapowiadających się romansów, wszystkim gdzieś po drodze kompletnie odbiło i obrzucono nas wyłącznie stertą idiotycznych decyzji, jak i bezsensownym zakończeniem. Spoglądanie na poczynania tych kretynów dzieciaków zaczęło przysparzać mi fizycznego bólu od mniej-więcej połowy serii, a czasem budzę się w nocy z krzykiem na samo wspomnienie finalnego odcinka. 

Otrzymaliśmy jednak prawdziwe dary z nieba, klejnoty w tej ogromnej, śmierdzącej kupie łajna. Shouwa Genroku Rakugo Shinjuu, seria w której zakochałam się rok temu, otrzymała bowiem sezon drugi. Choć do pewnego stopnia zgadzam się z krytyką "twistu" odcinka finalnego, wciąż nie umiem powiedzieć złego słowa na temat tej perełki. To po prostu miłość. Czy pamiętam cokolwiek innego z tego sezonu? Za cholerę.

Wiosna 2017

Kryzys egzystencjalny czekał na mnie jednak dopiero w momencie w którym zorientowałam się, iż jedyną oglądaną przeze mnie sezonówką jest Shingeki no Kyojin. Ale po kolei. Załamana zimą, nie przyłożyłam się zbytnio do rozeznania się w nowym sezonie i tak oto skończyłam z niczym. Zgorszona hitami podrzędnych fanpejdży z nieśmiesznymi memami, takimi jak Eromanga Sensei, Re:Creators (po którego pierwszym odcinku miałam ochotę wybrać się na chemioterapię) czy nowe DanMachi, obejrzałam sobie... Berserka 2. Kosztowało mnie to co prawda parę potyczek z mikserem,  gdy mój współoglądający próbował powstrzymać mnie od wydłubania sobie oczu, ale Griffith did nothing wrong i czekamy na sezon trzeci.

Drugi paragraf nie istniałby gdybym pod sam koniec nie zauważyła, iż wydawany był również drugi sezon przecudownej serii obyczajowej, Uchouten Kazoku. Zapewne niewielu z was przypomina to sobie, jednak w dawnych czasach, jakimi był rok 2013, rocznie wypuszczano więcej niż dwie serie zdatne do oglądania, a lato obdarowało nas taką też perełką (jak i KamiNomi 3, Gin no Saji, Genshikenem 3, Gatchaman Crowds oraz... Danganronpą [iks de]). Choć naprawdę uśmiech mi przy seansie nie schodził, a sympatią do głównego bohatera i niefrasobliwej Benten pałałam gorąco przez wiele miesięcy, nigdy nie oczekiwałam, iż cztery lata później będzie mi dane poznać dalsze ich losy. Kontynuacja jest nie tylko udana, ba, pod wieloma względami wręcz przewyższa serię pierwszą (i nie mówię tego wyłącznie z deficytu dobrych bajek!). Naprawdę z przyjemnością słuchało mi się inteligentnych rozważań Yasaburo i przyglądało rozwojowi jego życia. A nuż kiedyś dostaniemy jeszcze więcej; mam na to ogromną nadzieję.

Ciąg dalszy nastąpi.
(Ale co powinnam nadrobić w międzyczasie?)

wtorek, 11 lipca 2017

Until we meet again.

Są takie rzeczy o których myślimy, w pewien sposób się z nimi sympatyzujemy, ale podświadomie zakładamy, że nigdy nie przytrafią się nam. Choroby, tragedie, wypadki. Często nie myślimy nawet o tym jak wielkie szczęście mamy, iż nic podobnego nigdy nie stanęło na naszej drodze. Mało kto zatrzymuje się aby docenić swoją bezproblemową codzienność. Czasem może jednak nadejść dzień w którym tego pożałujemy. Każde z nas kiedyś zatęskni za tymi pozornie zwyczajnymi i codziennymi chwilami. Niestety, wszystkich nas zabraknie, lecz jedni odchodzą szybciej od innych. W październiku zeszłego roku straciłam swojego najbliższego powiernika, moją najbliższą przyjaciółkę. Była ze mną we wszystkich trudnych momentach; problemy w szkole, kłótnie z rówieśnikami lub rodzicami, dorastanie, w końcu przeprowadzka do zupełnie innego kraju, wyobcowanie, brak akceptacji ze strony otoczenia, jak i samej siebie w stosunku do samej siebie. Opowiadałam jej oczywiście również o moich sukcesach, marzeniach, przyjaźniach, pierwszej miłości. Nie umiała mówić, jednak zawsze słuchała. Przyprowadziła moją mamę, gdy zemdlałam we własnym pokoju. Przytuliła kiedy płakałam z tęsknoty za starym życiem. Sama nie miała nic, ale wiem, że oddałaby mi wszystko. Moja kotka skończyłaby dziś dwanaście lat, gdyby tylko nie pokonała jej choroba.

Straciła apetyt i chodziła osowiała. W momencie w którym przestałam zauważać, aby z miski znikało jakiekolwiek jedzenie, zaniepokojona zawiozłam ją do weterynarza. Spodziewałam się czegoś niezbyt poważnego; stres, problemy z żołądkiem, może zwykły bunt na "nieodpowiednie" jedzenie. Lekarz długo jednak milczał. W końcu usłyszałam słowa, których nie powtórzyłam nikomu prócz moim rodzicom przez wiele tygodni i na których dźwięk do dzisiaj napawa mnie smutek - rak jelita. Moja mała, puszysta kuleczka miała nowotwór. Nigdy nie zamierzałam ot, po prostu się załamać i poddać. Zabrałam ją do trzech innych lekarzy; diagnoza zawsze była taka sama. Przez kilka dni otrzymywała kroplówki i zastrzyki z witaminami. Przeszła wiele prześwietleń oraz najróżniejszych badań. Wciąż odmawiała jednak jedzenia, a po powrocie do domu zazwyczaj leniwie wciągała się na moje łóżko i spała całymi godzinami. Zostały już tylko dwie opcje - ryzykowna operacja lub powolne czekanie na nieubłagalne. Nie potrafiłabym nigdy więcej spojrzeć na siebie w lustrze gdybym pozwoliła jej odejść ze świadomością, że mogła istnieć jakaś opcja żeby jej pomóc. Weterynarz obiecał mi, iż zrobi wszystko, co w jego mocy. Przez dwie godziny siedziałam wpatrując się bez ruchu w telefon. Po raz kolejny w krótkim odstępie czasu usłyszałam coś, na czego dźwięk uszło ze mnie życie. Nowotwór strawił praktycznie cały jej organizm. Przerzuty były wszędzie, nawet na mięśniach. Moja malutka musiała niewyobrażalnie cierpieć z każdym ruchem. Dostała środki przeciwbólowe i spała w drugim pomieszczeniu. Przede mną została jednak decyzja której nie życzę nawet najgorszemu wrogowi. Musiałam zdecydować o życiu drugiej istoty.

Nie uważam, że to humanitarne ani jakoby jakikolwiek człowiek miał prawo bawić się w boga. Nigdy nie wybaczę sobie podpisania tamtej zgody. Wiem, że to było dla niej najlepsze i oszczędziłam jej kolejnych dni cierpienia, bowiem jej organizm i tak był na skraju wytrzymałości. Nie umiem jednak zapomnieć tych zmęczonych, niebieskich oczek które wpatrywały się we mnie kiedy lekarz podawał jej zastrzyk. Uspokaja mnie natomiast wspomnienie cichego westchnięcia i zrelaksowanej mordki, gdy zasypiała. A także myśl, że nic na tym świecie nigdy nie przysporzy jej już cierpienia. Nigdy.

Doceniajcie każdy pospolity moment ze swoimi bliskimi, nawet jeśli chodzą na czterech łapach. Nigdy nie wiadomo kiedy będzie to ten ostatni.



O swoich najbliższych nie zapomina się nigdy, ale czas leczy rany. W moim wypadku uleczyły je jednak... koty. Po tygodniach zaszycia się w domu i udawania na wyłącznie niezbędne wyprawy, dostałam pewien bardzo specjalny prezent świąteczny. Ów prezent miał parę płaskich uszek, krótki, szary ogonek oraz ważył nie więcej niż pół kilo. Mała, biała kuleczka była po trudnych przejściach, podobnie jak ja; odseperowana od mamy zdecydowanie za szybko, karmiona przez pseudohodowcę resztkami ludzkiego jedzenia i gotowanymi ziemniakami, zapchlona. Opieka nad przestraszonym szkrabem bardzo pomogła mi w skupieniu myśli na czymś innym. Nazwana na cześć popularności jej rasy na Ukrainie, niespełna dwumiesięczna Nataszka nie umiała nawet miauczeć, toteż skrzeczała pod drzwiami łazienki gdy tylko śmiałam zniknąć na dłużej niż dziesięć sekund. Więź z tym maluszkiem przywróciła mi radość. Nataszka jednak rosła i musiałam znaleźć rozwiązanie jej największego problemu - strachem przed byciem zostawioną na zawsze gdy tylko musiałam wyjść z domu. Trzy miesiące od pojawienia się jej w naszym domu, pojechałam do domu kobiety z którą umawiałam się przez internet. Zastałam tam wielki kojec pełen zabawek, poduszeczek i smakołyków, ale przede wszystkim z czwórką puchatych kuleczek. Tam spotkałam trzecią z moich najlepszych przyjaciółek i powierniczek - Grażynkę (zawdzięczającą swoje imię kreatywności mojej rodzicielki). W wieku trzech i pół miesiąca, bo tak duży musi być kociak aby mógł zostać zabrany od mamy, po raz pierwszy zawitała w moim domu. Początku były trudne; Nataszka okazała się, delikatnie mówiąc, niezbyt zachwycona nowym domownikiem. Z dnia na dzień przekonywała się jednak, że taka młodsza siostra to jednak całkiem fajna zabawa (no i dwie miseczki z jedzeniem, wszakże nikt nie zauważy, że Grażynka ze swojej zjadła tylko pół, zanim została delikatnie odsunięta). 

Nieważne w jak ciemnym znajdujemy się miejscu; lepszy czas na pewno nastąpi. 
A przynajmniej tak wmawiają sobie na pewno moje kotki, gdy kończy się jedzenie, ale widzą stos puszek na szafce.

Od lewej, Grażynka i Nataszka.

"Kot ma zbyt wielką duszę, by nie mieć serca"

piątek, 14 kwietnia 2017

DUCH W PANCERZU

Będąc zupełnie szczerą, nie wybrałam się na ten film z wysokimi oczekiwaniami. Co prawda byłam nastawiona nieco cieplej, niż na przykład, Assassin's Creed które obejrzałam parę miesięcy temu (i naturalnie okazało się żenujące), jednak same trailery napawały mnie pewną odrazą. Niemniej jednak, staram się opisać moje odczucia jak najbardziej to tylko możliwie obiektywnie względem tego jak było naprawdę, z jak najmniejszym wkładem typowego fana oryginalnego filmu z 95. Jako iż do powiedzenia nie mam zbyt wiele, recenzja będzie raczej niekonwencjonalna w porównaniu z resztą mojego autorstwa.  Pokrótce więc; fabuła przypomina dziwną mieszankę mangi, pierwszego filmu oraz serii Stand Alone Complex. Niestety, jak to w hollywoodzkich filmach bywa, ktoś odczuł niemożebną potrzebę absolutnego uproszczenia całego konceptu fabularnego, rozpatrującego cienką granicę człowieczeństwa w zrobotyzowanym społeczeństwie, przeistaczając to w ckliwą historyjkę o zagubionej, skrzywdzonej dziewczynce, która po prostu nie wie co się dzieje. Gdy przez pierwszą godzinę nic się nie dzieje, widz powoli sam domyśla się motywu Głównego Złego (oraz tego, że to nie on nim jest), a finał to smutek, i smutek, i smutek.

Już pierwsza scena po prostu poraża mnie w swoim traktowaniu widza jak skończonego kretyna. Nikt mi nie wmówi, że istnieje na tym świecie coś bardziej żenującego, niż wymawianie tytułu przez jedną z postaci na głos, zresztą dlaczego ktokolwiek sądził, iż widz potrzebuje jakiegokolwiek dialogu w tamtej scenie. Jedną z najgorszych cech filmu jest nadmierna paplanina. Oczywiście został on sklasyfikowany jako PG 12, coby dolary od dzieciaków i ich rodziców się zgadzały, ale nieuniknionym jest sprowadzenie każdej sceny do czegoś, co dwunastolatek umie przyswoić. Absolutnie nic nie pozostaje delikatnie niedopowiedziane; nawet Major (swoją drogą, Major jest tutaj jej IMIENIEM), stała się wyjątkowo gadatliwa. Z ikony silnych, niezależnych bohaterek, przeradza się w zagubioną dziewczynkę, wiecznie kwestionującą każdy swój krok. Kolejnym przekleństwem idącym za przypisanym ratingiem jest oczywiście ograniczenie jakiejkolwiek przemocy do absolutnego minimum. Możemy zapomnieć również o sutkach, co w niektórych scenach wygląda niesamowicie komicznie.

Nikt mi nie wmówi, że Scarlett Johansson to dobra aktorka.  Widzieliście kiedyś jak chodzi Kusanagi? Każdy krok stawia z pewnością, gracją. Johansson porusza się natomiast niczym kulawy borsuk z autyzmem. Dobre słowo mogę powiedzieć chyba wyłącznie o aktorze grającym Kuze; w swojej roli wypadł bardzo sympatycznie i relatywnie przekonująco. Primo - dlaczego Aramaki mówi po japońsku, a wszyscy odpowiadają mu po angielsku?! Skoro znają oba języki na tyle dobrze, że rozumieją całe skomplikowane zdania, to z pewnością umieją w nich także mówić, na litość boską! Secundo - kto wpadł na pomysł zatrudnienia, w znaczniej mierze, białych i czarnych aktorów, po czym nazwanie ich postaci japońskimi nazwiskami? Dlaczego ta poprawność polityczna? Nie, żadnemu rozumnemu widzowi nie przeszkadzałby absolutny brak różnorodności w pochodzeniu etnicznym bohaterów, bowiem w Japonii jest ona niewielka, a nazwiska, nazwy własne oraz sam wygląd miasta definitywnie wskazują te państwo jako miejsce akcji .

Chciałabym powiedzieć, że najlepszą stroną tego krótkiego koszmarku są wizualia, ale wspomnienia koszmarnej choreografii wszelakich walk nawiedzają mnie po nocach do dzisiaj. Johansson nie posiada w sobie żadnej zwinności, nie pokwapiono się chyba nawet o dublera, toteż dostajemy zlepek koślawych, kompletnie nieprofesjonalnych scen, pełnych zbliżeń i spowolnień w kluczowych momentach. O ile CGI, wielkie, świecące miasto, piękne hologramy, horyzonty, wszystko wygląda wspaniale, to tylko w stanie nieruchomym. Osobiście nie podoba mi się również ożywienie otoczenia; opuszczone slumsy oraz zniszczone przedmieścia oryginału dużo lepiej oddawały autodestrukcyjne widmo przyszłości unoszące się przez całość trwania filmu z 1995. Soundtrack? Nie istnieje. Oprócz nieco odświeżonej wersji Making of the Cyborg (puszczonej do napisów końcowych) muzyka jest zupełnie nijaka i niepasująca do akcji na ekranie.

Czy było aż tak źle? Pewnie nie. Nie mogę natomiast nie zauważyć jak bardzo uproszczona oraz ugrzeczniona jest ta przecież zupełnie poważna opowieść, sprowadzając wszystko do niewiele więcej niż ładnej, ckliwej bajki dla nastolatków. Gdzieś uciekł klimat, gdzieś uciekł... sens. Sens istnienia tego filmu. Nie skłania do żadnych przemyśleń, nie wywołuje żadnych emocji. No, może za wyjątkiem rozważania wydatku sporej ilości pieniędzy na bilet oraz złością z tymże się wiążącą.



Klatki z roku 1995, moi drodzy.


sobota, 14 stycznia 2017

Despair of the unknown!

Koncept nastolatków uwikłanych w battle royale lub/i uwięzionych na wyspie przewinął się już zbyt wiele razy, aby być w stanie uchodzić za jakkolwiek oryginalny. O ile widz skończył już gimnazjum, na samą myśl o takowym odczuwa raczej drgawki - ikonami "gatunku" są dziś bowiem Mirai Nikki, Deadman Wonderland, C3 czy Btooom!, a i wyjątkowo nieudana adaptacja gry, Danganronpa: The Animation. Pierwowzór tego koszmarku,  oryginalnie wydany na playstation w 2010, był jednak ogromnym hitem, wysoko ocenianym przez wielu krytyków, jak i samych graczy. Jego sequel; Danganronpa 2: Goodbye Despair, doczekała się aż dwóch serii anime, emitowanych w tym samym sezonie, przedstawiających odpowiednio wydarzenia przed, jak i po fabule gry, niezawartych w niej (innymi słowy, całość była wyłącznie efektem wyobraźni producentów, a najwyraźniej nie posiadają jej zbyt wiele). Właściwa akcja Danganronpy 2 zaczyna się bowiem na bezludnej wyspie. Szesnaścioro uczniów, wraz z protagonistą, Hinatą Hajime, budzi się nie mając pojęcia jak się tam znaleźli ani kim są pozostałe dzieciaki. Różowy króliczek (nauczycielka, Monomi) wyłania się niemal z pod ziemi i objaśnia naszym bohaterom, iż przebywają obecnie na klasowej wycieczce, mającej na celu zawiązać między nimi przyjaźnie oraz zrelaksować się w tym tropikalnym raju.  Sielanka nie trwa jednak długo, gdyż naturalne obawy i sceptycyzm uczestników okazują się mieć podstawę wraz z nagłym pojawieniem się znanego z części pierwszej Monokumy. Błyskawicznie rozprawia się z Monomi i pozbywa jej mocy. Nie oferując wielu wyjaśnień, zarządza, iż jedyną drogą powrotu do codziennego życia jest dokonanie morderstwa idealnego - jeżeli sprawca zostanie jednak przyłapany, zostanie przeprowadzona na nim egzekucja, a jeśli podczas rozprawy głosy padną na niewłaściwą osobę, straceni będą wszyscy za wyjątkiem prawdziwego mordercy. Tylko kto by w to uwierzył?

Danganronpa jest niewątpliwie świetną grą, jednak to jeden z rzadkich przypadków w których sequel prześciga wręcz swojego poprzednika. Gracz z czystą przyjemnością obserwuje ścieżkę jaką przeszli deweloperzy przez dwa lata pomiędzy wydaniem obu części w doszlifowaniu swoich pomysłów oraz oryginalnych idei na temat bohaterów. Fabuła wydaje się na pierwszy rzut oka jeszcze prostsza, a okazuje nawet bardziej zawiła. Przez czterdzieści godzin rozgrywki stopniowo dostajemy części układanki, którą za każdym razem do kupy i tak musimy pozbierać sami. Małe wskazówki w każdym z rozdziałów utrzymują zainteresowanie wątkiem głównym, snując coraz to głębszą tajemnicę na temat prawdy za wyspą Jabberwock. Biorąc pod uwagę platformę na której wydano grę, ilość tekstu jest naprawdę zdumiewająca, co rozszerza potencjalnego odbiorcę na kilka kategorii wiekowych. Mniej więcej 3/4 rozgrywki stanowi część czytana; można by się więc spodziewać, że minigry podczas rozpraw nie będą wyjątkowo istotne, ale to nieprawda. Szczególnie wraz z progresem, gry zdecydowanie nie należą do łatwych, toteż niedoświadczeni gracze mogą mieć techniczne trudności z ukończeniem ich. Czasu jest niewiele, a oprócz podania rozwiązania, musimy w ogóle zastanowić się jak ono brzmi i postarać się nie zginąć driftując pomiędzy słowami jednocześnie. Wspominanie treści fabuły niemieszczącej się wyłącznie w pierwszym rozdziale nie ma sensu, gdyż nawet najmniejsza informacja może być potencjalnym spoilerem, zresztą zwyczajnie psuje to zabawę z eksploracji, co jest przecież głównym celem.

Siłę gry stanowią bohaterowie i mam to na myśli. Po raz kolejny spotykamy się z grupą ekstrawertycznych, kolorowych nastolatków, z czasem okazujących się mieć w sobie coś więcej niż tęczowe włosy. Do pewnego stopnia, jedno słowo opisuje całą grupę: dojrzałość. Danganronpa 2 nie przedstawia zabójstw popełnionych z powodów cokolwiek kwestionowalnych, co interesujące, większość morderstw jesteśmy w stanie do pewnego stopnia zrozumieć oraz wyjaśnić. Naszym narratorem nie jest nikt ciekawy, jednak Hinata doskonale zdaje sobie z tego sprawę; jako jedyny niepamiętający swojego tytułu, czuje z tego powodu wiele kompleksów. Dostajemy pierwszoosobowy wgląd do umysłu nastolatka z wyjątkowo zaniżonym poczuciem własnej wartości. Ciekawym posunięciem było sprawienie, iż nawet gracz nie do końca umiał się zżyć z protagonistą, niewiedząc zupełnie nic o jego przeszłości ani motywach; otaczała go aura niebezpiecznej tajemnicy, którą często wzniecał jeden z bohaterów. Pomimo tego jak płytkie wydają się być niektóre z postaci, większość z nich przechodzi naprawdę sporą transformację, a przynajmniej udaje im się pokazać swoją prawdziwą twarz oraz wydorośleć w obliczu trudnej sytuacji. Do najlepiej napisanych muszę zaliczyć Hiyoko, Gundhama, Fuyuhiko oraz Nagito, każdego z indywidualnych powodów, których wyjaśnić raczej nie mogę, bowiem musiałabym posunąć się do zaspoilerowania połowy serii. Ogólnie jestem jednak  pod ogromnym wrażeniem rozwoju postaci jaki zafundowali nam twórcy - od prawdziwie złych antagonistów, których czyny autentycznie przeszywają swoją okrutnością, po zwyczajnie dorastających nastolatków, brutalnie zderzających się z obrazem ciężkiej rzeczywistości, zdających sobie sprawę, że jednak nie są specjalni ani wolni od krzywd tego świata.

Wizualnie zatrzymaliśmy się w latach 2000, ale nie ma w tym nic złego, wręcz przeciwnie, biedne animacje, niewidzialne ściany i krzywe, przechodzące się tekstury mają w sobie pewien surrealistyczny urok. Wraz z elektryzującą muzyką nadają grze klimat z innego świata, co najprawdopodobniej było przecież celem. Elektryczne gitary, niepokojące chórki, mnóstwo perkusji, soundtrack jest groteskowo wesoły, biorąc pod uwagę tragiczne wydarzenia z gry, to samo można powiedzieć również o neonowej palecie kolorystycznej i uroczych projektach postaci. Takich utworów się nie zapomina, a słuchając po długiej przerwy od gry, tak czy siak przyniosą ze sobą emocje z konkretnych rozdziałów.

Danganronpa 2 to wyjątkowo smaczne i wyśmienicie wymieszane połączenie doskonałych zagadek kryminalnych, niebanalnej linii fabularnej, wspaniałego studium zachowania młodzieży w kryzysowej sytuacji, w wyjątkowo gustownej, nieco retro oprawie audiowizualnej. Jeżeli wciąż odczuwacie żółć podchodzącą z żołądka po seansie anime, polecam zainwestować w grę w ramach terapii. Kawał porządnej, inteligentnej rozrywki na wiele godzin.

Gra jest dostępna przez Steam na Windowsa 7 lub nowszego, Mac OS X oraz Linuxa.