wtorek, 11 lipca 2017

Until we meet again.

Są takie rzeczy o których myślimy, w pewien sposób się z nimi sympatyzujemy, ale podświadomie zakładamy, że nigdy nie przytrafią się nam. Choroby, tragedie, wypadki. Często nie myślimy nawet o tym jak wielkie szczęście mamy, iż nic podobnego nigdy nie stanęło na naszej drodze. Mało kto zatrzymuje się aby docenić swoją bezproblemową codzienność. Czasem może jednak nadejść dzień w którym tego pożałujemy. Każde z nas kiedyś zatęskni za tymi pozornie zwyczajnymi i codziennymi chwilami. Niestety, wszystkich nas zabraknie, lecz jedni odchodzą szybciej od innych. W październiku zeszłego roku straciłam swojego najbliższego powiernika, moją najbliższą przyjaciółkę. Była ze mną we wszystkich trudnych momentach; problemy w szkole, kłótnie z rówieśnikami lub rodzicami, dorastanie, w końcu przeprowadzka do zupełnie innego kraju, wyobcowanie, brak akceptacji ze strony otoczenia, jak i samej siebie w stosunku do samej siebie. Opowiadałam jej oczywiście również o moich sukcesach, marzeniach, przyjaźniach, pierwszej miłości. Nie umiała mówić, jednak zawsze słuchała. Przyprowadziła moją mamę, gdy zemdlałam we własnym pokoju. Przytuliła kiedy płakałam z tęsknoty za starym życiem. Sama nie miała nic, ale wiem, że oddałaby mi wszystko. Moja kotka skończyłaby dziś dwanaście lat, gdyby tylko nie pokonała jej choroba.

Straciła apetyt i chodziła osowiała. W momencie w którym przestałam zauważać, aby z miski znikało jakiekolwiek jedzenie, zaniepokojona zawiozłam ją do weterynarza. Spodziewałam się czegoś niezbyt poważnego; stres, problemy z żołądkiem, może zwykły bunt na "nieodpowiednie" jedzenie. Lekarz długo jednak milczał. W końcu usłyszałam słowa, których nie powtórzyłam nikomu prócz moim rodzicom przez wiele tygodni i na których dźwięk do dzisiaj napawa mnie smutek - rak jelita. Moja mała, puszysta kuleczka miała nowotwór. Nigdy nie zamierzałam ot, po prostu się załamać i poddać. Zabrałam ją do trzech innych lekarzy; diagnoza zawsze była taka sama. Przez kilka dni otrzymywała kroplówki i zastrzyki z witaminami. Przeszła wiele prześwietleń oraz najróżniejszych badań. Wciąż odmawiała jednak jedzenia, a po powrocie do domu zazwyczaj leniwie wciągała się na moje łóżko i spała całymi godzinami. Zostały już tylko dwie opcje - ryzykowna operacja lub powolne czekanie na nieubłagalne. Nie potrafiłabym nigdy więcej spojrzeć na siebie w lustrze gdybym pozwoliła jej odejść ze świadomością, że mogła istnieć jakaś opcja żeby jej pomóc. Weterynarz obiecał mi, iż zrobi wszystko, co w jego mocy. Przez dwie godziny siedziałam wpatrując się bez ruchu w telefon. Po raz kolejny w krótkim odstępie czasu usłyszałam coś, na czego dźwięk uszło ze mnie życie. Nowotwór strawił praktycznie cały jej organizm. Przerzuty były wszędzie, nawet na mięśniach. Moja malutka musiała niewyobrażalnie cierpieć z każdym ruchem. Dostała środki przeciwbólowe i spała w drugim pomieszczeniu. Przede mną została jednak decyzja której nie życzę nawet najgorszemu wrogowi. Musiałam zdecydować o życiu drugiej istoty.

Nie uważam, że to humanitarne ani jakoby jakikolwiek człowiek miał prawo bawić się w boga. Nigdy nie wybaczę sobie podpisania tamtej zgody. Wiem, że to było dla niej najlepsze i oszczędziłam jej kolejnych dni cierpienia, bowiem jej organizm i tak był na skraju wytrzymałości. Nie umiem jednak zapomnieć tych zmęczonych, niebieskich oczek które wpatrywały się we mnie kiedy lekarz podawał jej zastrzyk. Uspokaja mnie natomiast wspomnienie cichego westchnięcia i zrelaksowanej mordki, gdy zasypiała. A także myśl, że nic na tym świecie nigdy nie przysporzy jej już cierpienia. Nigdy.

Doceniajcie każdy pospolity moment ze swoimi bliskimi, nawet jeśli chodzą na czterech łapach. Nigdy nie wiadomo kiedy będzie to ten ostatni.



O swoich najbliższych nie zapomina się nigdy, ale czas leczy rany. W moim wypadku uleczyły je jednak... koty. Po tygodniach zaszycia się w domu i udawania na wyłącznie niezbędne wyprawy, dostałam pewien bardzo specjalny prezent świąteczny. Ów prezent miał parę płaskich uszek, krótki, szary ogonek oraz ważył nie więcej niż pół kilo. Mała, biała kuleczka była po trudnych przejściach, podobnie jak ja; odseperowana od mamy zdecydowanie za szybko, karmiona przez pseudohodowcę resztkami ludzkiego jedzenia i gotowanymi ziemniakami, zapchlona. Opieka nad przestraszonym szkrabem bardzo pomogła mi w skupieniu myśli na czymś innym. Nazwana na cześć popularności jej rasy na Ukrainie, niespełna dwumiesięczna Nataszka nie umiała nawet miauczeć, toteż skrzeczała pod drzwiami łazienki gdy tylko śmiałam zniknąć na dłużej niż dziesięć sekund. Więź z tym maluszkiem przywróciła mi radość. Nataszka jednak rosła i musiałam znaleźć rozwiązanie jej największego problemu - strachem przed byciem zostawioną na zawsze gdy tylko musiałam wyjść z domu. Trzy miesiące od pojawienia się jej w naszym domu, pojechałam do domu kobiety z którą umawiałam się przez internet. Zastałam tam wielki kojec pełen zabawek, poduszeczek i smakołyków, ale przede wszystkim z czwórką puchatych kuleczek. Tam spotkałam trzecią z moich najlepszych przyjaciółek i powierniczek - Grażynkę (zawdzięczającą swoje imię kreatywności mojej rodzicielki). W wieku trzech i pół miesiąca, bo tak duży musi być kociak aby mógł zostać zabrany od mamy, po raz pierwszy zawitała w moim domu. Początku były trudne; Nataszka okazała się, delikatnie mówiąc, niezbyt zachwycona nowym domownikiem. Z dnia na dzień przekonywała się jednak, że taka młodsza siostra to jednak całkiem fajna zabawa (no i dwie miseczki z jedzeniem, wszakże nikt nie zauważy, że Grażynka ze swojej zjadła tylko pół, zanim została delikatnie odsunięta). 

Nieważne w jak ciemnym znajdujemy się miejscu; lepszy czas na pewno nastąpi. 
A przynajmniej tak wmawiają sobie na pewno moje kotki, gdy kończy się jedzenie, ale widzą stos puszek na szafce.

Od lewej, Grażynka i Nataszka.

"Kot ma zbyt wielką duszę, by nie mieć serca"

2 komentarze: