czwartek, 10 kwietnia 2014

I ask of thee - art thou mankind? Nay, I'm the world. The world inside the gourd - recenzja Dantalian no Shoka.

Lato 2011. Jeżeli ktokolwiek z Was, drodzy czytelnicy, śledził omawiany sezon wydawniczy na bieżąco, za co go pamięta? Obstawiam Mayo Chiki!, No.6, Usagi Drop, UtaPrinsy, Yuru Yuri czy nawet Mawaru Penguindrum, (nie)sławne Blood-C tudzież Natsume Yuujinchou San. Mało kto pewnie wie, iż w tym samym czasie emitowano również najnowszą ówcześnie pozycję od samego Gainaxu, Dantalian no Shoka. Dziś zmienię ten stan rzeczy. Przenieśmy się więc w czasy nieco mniej współczesne. Anglia, dwudziesty wiek, zaraz po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Anthony Hugh Disward, emerytowany pilot (co nie znaczy, iż za protagonistę dostaliśmy starszego pana, skąd, to by się nie sprzedało) dziedziczy po swoim zmarłym dziadku posiadłość. Był to raczej nieoczekiwany dar, gdyż Huey (tak nakazuje na siebie mówić) nigdy nie utrzymywał bliższego kontaktu z tymże członkiem rodziny. Kiedy nasz zmęczony podróżnik przybywa na rzeczone miejsce i otwiera wrota pięknej willi, postanawia uciąć sobie przerwę na herbatkę oraz zwiedzić swój nowy dom. Odkrywając coraz to nowsze pomieszczenia, dociera w końcu do biblioteki, pięknej, pełnej rzadko spotykanych ksiąg i bardzo zadbanej. Czas na plottwist! W bibilotece siedzi bowiem loli. Kiedy otrzecie już opluty ekran i przejdą Wam szaleńcze spazmy śmiechu, kontynuujcie, proszę, czytanie.  Nasza urocza loli przedstawia się jako Dalian i szybko dowiadujemy się, iż nie była nieślubną córką, albo jeszcze lepiej, młodą kochanką dziadka Anthony'ego, a jak sama tłumaczy, Kuro Yomihime, czyli Czarną Księżniczką. Sielanka spędzona na podgryzaniu ciastek przez główną parkę szybko się kończy - zostają zaatakowani przez bliżej nieokreśloną postać. Dalian, zmuszona do szybkiego wytłumaczenia sytuacji, objaśnia Huey'owi, iż sama nie jest człowiekiem, a biblioteką, mieszczącą w sobie 900,666 Zakazanych Ksiąg, których winna jest obraniać przed światem zewnętrznym po kres swoich dni. Postawiony przed faktem dokonanym, nasz idealistyczny protagonista zawiązuje z nią kontrakt i staje się Klucznikiem małej tsundere. Od teraz czekać ich będzie wiele niebezpieczeństw oraz podróży w poszukiwaniu kolejnych, Zakazanych Ksiąg.

Jak powiadają, zakazany owoc smakuje najlepiej. Nie inaczej sądzą postacie poboczne Dantalian no Shoka. Seria składa się z niemal niepowiązanych ze sobą historii, podczas których najróżniejsze osoby skuszone możliwościami, jakie dają im poszczególne Księgi, są kolejno ratowane (albo i nie) przez duet składający się z Klucznika i Księżniczki Biblioteki. Dlaczego nie po prostu "Hugha i Dalian"? Spieszę z wyjaśnieniem. Wraz z postępem kolejnych odcinków, zostają nam przedstawione kolejne dwie pary, o których głębiej pomówię za chwilę. Schemat większości historyjek jest bardzo podobny, aczkolwiek epizodyczność wyszła serii na zdecydowany plus - każdy arc dostał wystarczającą ilość czasu ekranowego by ani nie znudzić, ani nie pozostawić widza bez niezbędnych do zrozumienia całości wyjaśnień. W każdej historii bohater motywowany jest innymi, mniej lub bardziej samolubnymi, pobutkami, na miejsce przybywa para specjalistów od tego typu problemów i sprawa zostaje zażegnana (albo i nie!). Stosunkowo niewiele dowiadujemy się niestety o protagonistach, podane nam informacje są szczątkowe, choć wystarczające, by nie czuć kompletnego zdezorientowania w ich sytuacji. Całej serii zabrakło też nieco głębi, oprócz przedstawienia słabej natury człowieka, nie skupia się na niczym konkretnym i stanowi niemal czystą rozrywkę. Samotność, odrzucenie, izolacja, dyskryminacja czy bezsilność to tematy poruszane bardzo powierzchownie, często tylko liznięte. Szkoda, bo potencjał był, jednak został dość szybko zgaszony. Właśnie to dosyć mocno zaważa na mojej ocenie, która w innym przypadku byłaby znacząco wyższa. Mimo jednak wszystko, każdy pojedynczy odcinek oglądałam z nieukrywaną przyjemnością, napawając się wspaniałym, magicznym klimatem, dość często pojawiającym humorem i zaskakującymi rozwiązaniami wielu zagadek.

Jak wspomniałam już w początkowym akapicie, Huey jest typowym idealistą, gotowym z heroicznym krzykiem na ustach biec każdemu nieszczęśnikowi w potrzebie. Dzielnie znosi humorki Dalian, aczkolwiek umie tupnąć nogą i utrzymać małą przyjaciółkę w ryzach. Zakochana w słodkościach Księżniczka, to typowa tsundere, pozornie oschła, a w głębi ducha bardzo dbająca o Hugha. Ich przyjacielska relacja wypadła bardzo naturalnie, od początku nie obiecywała wątku romantycznego i dzięki niebisom, do samego końca nam go nie dała. Najłatwiej mogę to przyrównać do stosunków starszego brata i młodszej siostry, Huey troszczy się o Dalian, przygotowując jej posiłki czy dbając o jej komfort. O dwóch kolejnych parach nie dowiadujemy się w zasadzie niemal niczego. Nosząca kaftan bezpieczeństwa Flamberge (zwana również Flam) to arogancka Srebrna Księżniczka i partnerka cynicznego Hala jednocześnie. Nienaturalnie spokojna Rasiel, Czerwona Księżniczka i jej Klucznik, Profesor, wydają się jakby odbiciem lustrzanym głównej pary. Z postaci drugoplanowych, które pojawiają się w więcej niż jednym odcinku, wymienić mogę przyjaciela protagonisty z wojska, Armanda oraz jego przyjaciółkę z dzieciństwa, Camillę. Bohaterowie, choć w wielu przypadkach dość sztampowi, stanowią sympatyczne i dobrze dobrane, a szczególnie w przypadku duetu głównych - uzupełniające się grono.

Zdecydowanie najbardziej udaną stroną Dantalian no Shoka to strona audiowizualna. Krajobrazy zapierają dech w piersiach już od pierwszych scen, projekty postaci cieszą oko różnorodnością i dbałością o szczegóły przy rysowaniu strojów. Kolory są żywe, soczyste, zachwycają. Bodaj jeszcze lepiej, gdyby nie fakt, iż nieco zbyt powtarzalna w wielu scenach, wypadłaby muzyka. Łaciński utwór otwierający każdy odcinek zaliczam do pierwszej piątki na liście moich ulubionych openingów, a ending jest zdecydowanie najbardziej klimatycznym endingiem, z jakim spotkałam się w jakimkolwiek anime, pozostawiający uczucie niepokoju, może nawet strachu, czemu przysłużyła się oryginalny teledysk i przenikający głos wokalistki. Absolutnie przepiękny soundtrack obfituje w skrzypce, fortepian, organy oraz flet, gdyby nie wspomniany już brak różnorodności, otrzymałby ode mnie maksymalne noty. Na pewno za to idealnie dobrano go do każdej ze scen, podkreślając wyjątkowy, magiczny klimat całej serii.

Przy dźwiękach przesłuchiwanej po raz setny czołówki, docieram do konkluzji. Dla kogo to i z czym toto jeść?  Myślę, że każdy znajdzie tu coś dobrego dla siebie. Odradzić mogę jedynie poszukiwaczom poważnego kryminału, z bardzo skomplikowaną oraz nietypową intrygą, najlepiej w realiach rzeczywistych. To niewątpliwie śliczna i wciągająca bajka, która mnie urzekła swoją prostolijnością oraz wspaniałym wybrnięciem z dość oklepanych schematów, użytych przy projekcie charakterów postaci. Ideał na odcięcie się od nudnej, szarej rzeczywistości.

Fabuła - 7/10
Bohaterowie - 6/10
Grafika - 9/10
Muzyka - 9/10
Całokształt - 8/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz