sobota, 6 września 2014

Epicka wojna międzyplanetarna w starym, dobrym stylu - recenzja Terra e...

Czas: odległa przyszłość. Miejsce: Ataraxia, ludzka kolonia na jednej z mniejszych planet. Wiele lat temu, poprzez własną głupotę i niedbalstwo, ludzkość doprowadziła do zniszczenia Ziemi i została tym samym zmuszona do ewakuacji. Nasz gatunek osiedlił się na wielu planetach, wprowadzając system kontrolujący rozmnażanie się. W ten sposób pary wychowywały dzieci niezwiązane z nimi krwią, do czasu, gdy ich adoptowane potomstwo nie osiągało czternastego roku życia (postrzeganego jako pełnoletność). Wtedy to pretendent do nowego, dojrzałego obywatela, przechodził tak zwany "Test dorosłości", oraz związane z nim pranie mózgu, podczas którego zostawała mu usunięta znaczna część wspomnień, aby ułatwić rozstanie się z domem rodzinnym i pozostawionymi tam przyjaciółmi. Następnie młodzież przechodziła wieloletni trening, mający przygotować ją do funkcjonowania w takim społeczeństwie. Wraz z jego zakończeniem, przed dwudziestoparoletnimi już ludźmi, rozchodziły się dwie ścieżki - służba w imieniu Matki Elizy, superkomputera kontrolującego cały ten system bądź powrót na rodzimą ziemię oraz prowadzenie normalnego życia. Naszego protagonistę, energicznego blondyna zwanego Jomy Marquis Shin, poznajemy w przeddzień jego czternastych urodzin. Oczywiście, chłopak jest niezwykle podekscytowany niechybnie zbliżającą się dorosłością, co częściowo przysłania nawet jego smutek związany z pozostawieniem rodziców i przyjaciół na Ataraxii. Czas jednak na akcję właściwą i pierwszy plottwist - okazuje się bowiem, iż Jomy przynależy do rasy Mu, zmutowanych ludzi, obdarzonych zdolnościami parapsychicznymi i właśnie dlatego, wyklętych oraz zmuszonych do tułania się po Galaktyce, przez swoich prekursorów. Choć na początku odrzuca swoje prawdziwe pochodzenie, szybko przekonuje się, że na Ataraxii nie ma już dla niego miejsca i postanawia dołączyć do długiej, długiej wędrówki swoich pobratymców, którzy witają go z otwartymi ramionami. Wielką, międzyplanetarną i międzygatunkową wojnę, w której polegnie wielu, czas zacząć!

Terra e... jest drugą (i zdecydowanie o wiele bardziej udaną) adaptacją mangi z roku 1976 o tym samym tytule. Dwadzieścia sześć odcinków to przemyślana w każdym calu, skomplikowana, niezwykle dopracowana oraz zwyczajnie emanująca epickością historia, przedstawiająca wątpliwe zalety bycia odmieńcem. Odwieczny konflikt pomiędzy Mu, a ludźmi, zdaje się być niemożliwym do zażegnania. Celem rasy odmieńców jest dostanie się do ich upragnionego raju, porzuconej przed laty Terry, czyli po prostu Ziemi. Cechuje ich spokój, wytrwałe dążenie do obranego sobie celu, dobroć serca oraz gotowość do pomocy pobratymcom. W kontraście, ludzie są zawistni i bliżej niezrozumiale, dążą do pozbycia się wszystkich istniejących Mu. Przez ten raczej niedługi czas ekranowy, dobrze poznajemy obie strony, co jest definitywnie zrozumiałe, biorąc pod uwagę, iż w świecie bohaterów mija przynajmniej dwadzieścia lat. Rozmieszczenie akcji na tak długi okres wiąże się z ogromnym ryzykiem - Terra e... zdaje jednak egzamin śpiewająco, bowiem pacing jest idealny, informacje zostają dozowane stopniowo, ale koniec końców dowiadujemy się wszystkiego, zakończenie nie pozostawia żadnych niedomówień. Jest czas na walki, swoje momenty dostały również dialogi pomiędzy bohaterami, ich osobiste rozmyślenia, rozterki, nie ma za to absolutnie żadnych wstawek komediowych czy luźniejszych chwil, co dla niektórych może stanowić wadę, inni właśnie za to tę bajkę pokochają. Osobiście muszę przyznać, iż momentami podniosła i stuprocentowo poważna atmosfera mnie męczyła, czasem jednak oglądałam sześć odcinków pod rząd, nie mogąc się doczekać dalszego ciągu. Fabuła nie zawiera żadnych dziur, wszystko zostaje logicznie wyjaśnione, a pojedyncze wątki doprowadzone do końca. Składna, sensowna, a przede wszystkim, cholernie wciągająca, porusza temat natury "ludzkości", rozprawia nad przekleństwem bycia odmiennym, stawia w wątpliwość idealność systemu - wszystko to można z łatwością odnieść do naszego współczesnego świata, wszak nieobce są w nim wyżej wspominane sprawy. 

Bardzo rozległy komplet bohaterów, otwiera wspomniany już Jomy Marquis Shin. Poznajemy go jako dziecko i przez całą serię obserwujemy jego drogę przez życie. Zmiany, jakie zachodzą w jego światopoglądzie, są wprost niewiarygodne, bowiem kończy jako zupełnie inny człowiek, aczkolwiek w dobrym sensie tego stwierdzenia. Nietrudno zauważyć, jaki wpływ mają na niego kolejne wydarzenia, które na pewno miałyby podobny na każdą inną osobę. Z beztroskiego chłopca, zmienia się w łagodnego, acz zdecydowanego i zdeterminowanego, przywódcę, gotowego oddać życie za przedstawiciela swojej rasy, rasy, którą kiedyś jawnie gardził - ciężko mu się jednak dziwić, gdyż tak został po prostu wychowany. Jak stwierdziłam już w pierwszym zdaniu, postaci jest wiele, postaram się więc omówić tylko te istotne dla fabuły. Z Ataraxii do statku Mu, Jomiemu pomaga się dostać niejaki Soldier Blue, ówczesny przywódca grupy, stojący na jej czele od przeszło trzystu lat, o którym dowiadujemy się stosunkowo niewiele (i któremu głos użycza, fantastyczny as ever, Tomokazu Sugita). Mamy również niewidomą wieszczkę, niespecjalnie dającą się lubić, gdyż jej rola ograniczała się do powtarzania przydomka Blue w nieskończoność, Physis, głównego wroga Mu, poznanego dopiero w połowie serii, Keitha Anyan, dziecko Mu, wychowywane przez niczego nieświadomych rodziców, Shiroe Seki Ray, młodzieńcze zauroczenie Jomiego, Swenę Dalton, jego starego przyjaciela Sama Huston i cały statek młodszych i starszych Mu. Poziom pod tym względem jest co prawda bardzo rozbieżny, jednak doskonała kreacja protagonisty, Keitha Anyana, Toniego (chłopca urodzonego naturalnie, czyli stanowiącego wyjątek pod tym względem) oraz Shiroe, zasługują na bardzo wysoką notę.

Zupełnie subiektywnie - jestem zachwycona stroną wizualną. Oryginalne projekty postaci, rysowane w charakterystyczny dla lat 70 sposób, zmodernizowano, pozostawiając jednocześnie pierwotny zamysł rysowników. Oczy bohaterów, zarówno męskich i żeńskich, okalają długie rzęsy, włosy bywają różnokolorowe i rhomantycznie rozwiane (patrz: czupryna Toniego), rysy twarzy są raczej delikatne, wiele postaci cierpi na wczesne objawy anoreksji, choć ciężko tu mówić o typowych, długorękich i długonogich bizonach. Zarówno Mu, jak i ludzie, noszą fantazyjne mundury, których peleryny furkoczą na wietrze. Graficznych fajerwerków może i nie ma, przy walkach nie stawiano na efekciarstwo, a staranność i anatomiczną poprawność. Animacja nie straszy przesadnym użyciem CGI, nieliczne wstawki dobrze komponują się z chara designami. Walkom towarzyszą podniosłe, skrzypcowe utwory, soundtrack obfituje również w nieco spokojniejsze kawałki, w których słychać flet, harfę, fortepian czy chórki, do kontrastu wrzucono również interesującą elektronikę. Muzyka jest niezwykle udana i stosowana z wyczuciem. Pochwalić muszę również fenomenalny, pompatyczny, pierwszy opening, drugi spodobał mi się nieco mniej, natomiast kompletnie nie poczułam obydwu endingów, brzmiących dość kiczowato. 

Dochodząc do konkluzji prawdopodobnie najpoważniejszej (nie byłabym w stanie napisać inaczej o serii z podobnym klimatem) recenzji na moim blogasku, wypadałoby jakoś zebrać wszystkie myśli i wybrać docelowego odbiorcę. Zdecydowanie wskazałabym na dojrzalszego widza, szukający lekkiej rozrywki mogą się srodze zawieść. Połączenie space opery i sci-fi nie było i pewnie nie będzie moją broszką, niemniej jednak, Terra e... przekonała mnie do gatunku i utwierdziła w przekonaniu, iż warto czasem otworzyć się na nieznane. Epicki rozmach, piękna grafika, cudowny soundtrack, wciągająca do cna fabuła - anime niemal perfekcyjne. Słowo "polecam" wydaje mi się tu zbędne. Po prostu sami to zobaczcie.

Bohaterowie - 9/10
Fabuła - 10/10
Grafika - 8/10
Muzyka - 9/10
Całokształt - 9/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz