niedziela, 14 grudnia 2014

Gra o Tron w japońskim wydaniu - recenzja Akame ga Kill!!

W alternatywnej rzeczywistości stylizowanej na średniowiecze, nie dzieje się zbyt dobrze. Państwo przymiera głodem, niższe warstwy społeczne (stanowiące znaczną większość populacji) od lat pogrążone są w ubóstwie. Władca zasiadający na tronie w stolicy jest w istocie dzieckiem, kontrolowanym przez niewyobrażalnie brutalnego oraz zdeprawowanego premiera. Niewielka garstka szczęśliwców pławiących się w luksusach to ludzie równie okrutni, nieprzejmujący się losem reszty mieszkańców w najmniejszym stopniu. Publiczne egzekucje na zdrajcach stanu stanowią miejskie rozrywki, nikogo specjalnie nie szokuje widok ukrzyżowanych ciał bądź szafotu spływającego krwią. Do walki z tym chorym stanem rzeczy staje tajemna organizacja, której większość członków uznaje się za wyjątkowo niebezpiecznych, poszukiwanych listami gończymi kryminalistów- Night Ride. Widz zostaje wprowadzony w uniwersum poprzez oczy protagonisty, podróżnego szermierza, którego celem jest poprawa sytuacji w swojej rodzimej wiosce, Tatsumiego. Postanawia więc dołączyć do państwowej armii i zarobić na służbie. Na swej drodze, Tatsumi spotyka obficie obdarzoną przez naturę blondynkę, przedstawiającą się jako Leone, przez którą też zostaje, kolokwialnie mówiąc, wyrolowany. Bez grosza przy duszy, jego ostatnią opcją pozostaje spędzenie nocy na ulicy. Wtem jednak zdarza się Cudowny Cud - lituje się nad nim urocza arystokratka i zaprasza go do własnej posiadłości. Urzeczony tą niewymuszoną uprzejmością, zaznaje spoczynku w wyznaczonej mu komnacie. Cóż, powinnam raczej rzec - próbuje go zaznać. Do domu włamuje się bowiem grupa morderców, w której szybko rozpoznaje Night Ride. Gdy zamordowana zostaje rodzina młodej szlachcianki, Tatsumi staje do walki z czarnowłosą zabójczynią, aby ocalić swoją dobrodziejkę. Tylko że na tym nie koniec niespodzianek. Przerywa bowiem wspomniana już Leone, obnażając przed protagonistą mroczny sekret zaatakowanej posesji. Jak zareaguje on na odór rozkładających się zwłok, wyczuwalny zza drzwi przydomowej szopy...?

Nie będzie chyba ogromnym spoilerem czy zwalającym z nóg zaskoczeniem gdy powiem, iż w wyniku serii opisanych powyżej wydarzeń, Tatsumi przyłącza się do Night Ride. Absolutnie zdegustowany ludzkim zepsuciem, z którym przyszło mu się mierzyć, postanawia wspierać organizację w przeprowadzeniu rewolucji. Pierwszy odcinek zapowiada bajkę raczej ponurą, jeśli nie pokusić by się o nazwanie jej "przeciętniakiem dla edgy nastolatków". Największą jej bolączką jest kompletnie nierówny pacing oraz uciążliwa schematyczność. Przez pierwsze kilkanaście odcinków obserwujemy w zasadzie tę samą historię, w której jedyną zmianą są zmarłe postacie - ale o istnym morzu poległych za chwilę. Schemat wygląda tak - Night Ride wyrusza na misję, którą spełnia z mniejszym lub większym powodzeniem, odnosząc mniejsze lub większe straty. Nie zabrakło czasu dla scen wątpliwie potrzebnych, pokroju wspólnych zakupów, którym to zdarzało się zająć i pół odcinka. Kilka ostatnich epizodów to jazda bez trzymanki, seria gwałtownie przyspiesza, starając się udzielić odpowiedzi na wszystkie trawiące widza pytania oraz pozamykać wątki. Oczywiście, można by się kłócić, czy z dwojga złego, nazbyt pospieszne tempo, za niepozostawiające niedomówień zwieńczenie nie jest czasem lepsze, od urwania serii w kluczowym momencie. A mówiąc o zakończeniu, nieodparcie nasuwa się kolejne, mocno kontrowersyjne posunięcie twórców - odstąpienie od papierowego pierwowzoru. I tutaj można debatować nad jego słusznością, wszak każdy medal ma dwie strony. Historia faktycznie dostała jakiś finał (manga wciąż jest publikowana), tylko czy wodze fantazji nie zostały puszczone nieco zbyt luźno w trakcie realizacji ostatnich dwóch-trzech odcinków? Dobre zakończenie, poprzedzone serią kompletnych absurdów, nie smakuje aż tak przyjemnie.

A ile fantasy w fantasy? Niewiele, szczerze powiedziawszy. Bohaterowie, zarówno Night Ride, jak i Jaegers (organizacja uformowana w celu walki z tymiż buntownikami), posługują się tak zwanym Teigu (nie będę bawić się w tłumaczenie tej nazwy na język polski, nie chcę kaleczyć waszych delikatnych oczu, angielska translacja brzmiała jednak Imperial Arms). Już przy próbie wyjaśnienia ich egzystencji pojawiają się schody - nie dostajemy go bowiem nawet od samej serii. Czterdzieści osiem potężnych broni zostało stworzone sprzed laty w celu obrony Imperium. Jak? Przy użyciu magii. I to by było na tyle. Na ich temat otrzymujemy szczątkowe informacje; pojedynek pomiędzy dwoma użytkownikami niechybnie zakończy się śmiercią jednego z nich oraz żadne Teigu nie jest w stanie wskrzesić umarłego. Ich kształty oraz formy różnią się diametralnie, niektóre nie są nawet fizyczne, część z nich to pełne zbroje, zdarzają się miecze czy rewolwery. Skoro o umarłych mowa, może nareszcie przejdźmy do tej kwestii. Trupem ściele gęsto. I to bardzo gęsto, warto dodać. Zarówno szeregi protagonistów, jak i antagonistów (jakkolwiek by w tej sytuacji nie definiować jednego i drugiego) zmniejszają się wraz z postępem odcinków w zastraszającym tempie. Wnętrzności po ekranie nie latają, ale nadmierna cenzura także nie razi. Na pewno nie można odmówić twórcom odwagi w uśmiercaniu wyjątkowo lubianych bohaterów. Problem polega tylko na tym, że spora część z nich poniosła śmierć całkowicie niepotrzebnie. Ot, niemal w formie fanserwisu, od czasu do czasu usuwana zostawała kolejna postać. Albo i dwie. Ewentualnie cała grupka. To przecież i tak nie wnosiło nic do fabuły. Interesujący zamysł fabularny to wszakże nie wszystko - w tym wypadku, został zrujnowany przez brak pomysłu na wydarzenia, tuszowany krwawą sieczką.

Kolejnym aspektem, o którym niezbędnie muszę pomówić, są właśnie bohaterowie. Już na starcie poznajemy niezwykle rozległe grono. Pałeczkę protagonisty na zmianę przejmują Tatsumi oraz małomówna Akame, którzy zresztą bardzo szybko zawiązują platoniczną przyjaźń. Całą organizacją przewodzi Najenda, posiadająca za rywalkę poznaną w późniejszych odcinkach Esdeath, sadystyczną przywódczynię Jaegers. Jedną z najstarszych członkiń jest wspomniana już Leone, lwica nie tylko z racji formy swojego Teigu. Następna, Sheele, dostaje zbyt mało czasu antenowego, by zauważyć w niej coś więcej,  niż obfity biust. Damskie grono (harem?) zamyka Mine, obowiązkowa tsundere. W początkowym składzie znalazło się jedynie dwóch mężczyzn (za wyłączeniem Tatsumiego), a mianowicie lekkoduszny Lubbock oraz mający lekko, gejowskie zapędy, przesympatyczny Bulat. Jedenasty odcinek wprowadza kolejną dwójkę, mającą wypełnić miejsca poległych w walce. Moją największą sympatię zdobyła charyzmatyczna, a zarazem dość zdystansowana trucicielka, Chelsea. Niewiele mogę powiedzieć o Susanoo, aczkolwiek z niewyjaśnionych powodów, jego kreacja również przypadła mi do gustu. Relacje pomiędzy postaciami to jeden z niewielu aspektów, który powstrzymał mnie przed rzuceniem bajki w kąt już po pierwszych kilku odcinków, choć i tutaj sporo byłoby do poprawy. Poświęcenie dla przyjaciela to na pewno rzecz godna pochwały, tak samo zresztą jak wspieranie ich w ostatnich momentach. Naprawdę przyzwoicie ukazano rozwijające się więzi, przywiązanie postaci do siebie nawzajem wypadło zaskakująco naturalnie oraz zrozumiale. Chara development jest za to praktycznie nieistniejący. Większości postaciom już na początku niewiele brakowało; ja wolałabym jednak zobaczyć jakikolwiek ich rozwój. Tatsumi do końca pozostaje nieuleczalnym idealistą. Pomimo wszystkich wydarzeń, jakie powinny zmienić jego podejście do życia o sto osiemdziesiąt stopni, wciąż jest dość łatwowiernym i często naiwnym chłopcem. Bynajmniej jednak nie można mu zarzucić braku charakteru, nie należy też do niechlubnego grona wymoczków, umie stanąć w obronie samego siebie czy bliskiej osoby, przy okazji w miarę realistycznie oceniając własne umiejętności (a posiada, jak na shounenowego protagonistę, całkiem imponujące).

Proporcjonalnie odwrotnie do tempa akcji, spadała jakość animacji. Podczas gdy pierwszy epizod prezentował się nieźle, walka w ostatnim obfitowała w bezcenne ujęcia, pełne dziwacznych deformacji w oddalonych kadrach. Sama jej choreografia wołała o pomstę do nieba (co można powiedzieć w sumie o wielu z pojedynków w Akame ga Kill!!), cięcia z kilku metrów, walczący znajdujący się niemal wyłącznie w powietrzu (pomimo nieposiadania umiejętności lewitacji), oszczędzanie na animacji poprzez wyręczanie się typowym "rusza się tak szybko, że aż nie widać, narysujmy klatkę w pozycji startowej i podczas samego ataku, będzie super!"  Chara designy wypadły akurat udanie, każda postać wygląda przede wszystkim inaczej. Styl rysowania jest dość prosty, widać co prawda, że do dyspozycji posiadano niewielki budżet, ale i stroje, i Teigu wyglądają naprawdę interesująco. Oczywiście, ubrań nie zmienia nikt. Jakieś pozytywy, tak na dobry koniec? A i znalazłam. Soundtrack. Obie czołówki, wraz z endingami, wpadają w ucho, za to prawdziwa gratka to muzyka w tle. Znalazło się kilka kawałków chóralnych, trochę rockowej gitary - podczas gdy nadawała scenom klimatu, użyto jej zdecydowanie w zbyt skąpych ilościach. Po raz kolejny - szkoda!

Akame ga Kill!! to niemal książkowy przykład zmarnowanego potencjału. Owszem, nie zapowiadał się przełom w japońskiej animacji ani potencjalny klasyk. Oczekiwałam "jedynie" przyzwoitej opowieści o walce z korupcją, posypanej kilkoma moralnymi dylematami na temat dobra i zła. Moje rozczarowanie nie okazało się więc przesadnie bolesne, acz bynajmniej nie nazwałabym seansu wyjątkowo udanym. Seria miewała swoje momenty, potrafiła być klimatyczna, a nawet wzruszająca. To wszystko zginęło jednak pod górą truposzy i widocznym brakiem logicznej koncepcji. Daleka jestem od rekomendacji, pomimo odczuwania delikatnej sympatii względem bohaterów. Ot, niezbyt udany shounen fantasy, jakich wiele. Wyłączając, oczywiście, masowy mord na postaciach. I jeśli dla kogoś właśnie to jest czynnikiem motywującym do seansu - cóż, nie mnie już to osądzać.

Bohaterowie - 6/10
Fabuła - 4/10
Grafika - 5/10
Muzyka - 6/10
Całokształt - 5/10

2 komentarze:

  1. 100% racji (y).
    Hiyo, którą z bohaterek lubisz/lubiłaś najbardziej? :>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że najlepszą dziewczynkę, Chelsea :>

      Usuń